„Legion samobójców” miał być nowym otwarciem filmowego świata DC Comics, który mimo spektakularnego budżetowo wskrzeszenia mitycznych postaci Supermana i Batmana, wciąż ma wielkie problemy, by dogonić swojego największego konkurenta Marvela ( seria „Avengers”). Po słabych recenzjach poprzedniego filmu ze stajni DC to właśnie szalony „Legion samobójców” miał uratować wizerunek komiksowego supermocarstwa. Czy się udało?

Spora część amerykańskich krytyków film masakruje, pisząc, że jest to dzieło nie tyle ambitną porażką, co po prostu jest bardzo zły produkt. Ja tak ostry w stosunku do filmu cenionego przeze mnie Davida Ayera, który po serii znakomitych policyjnych filmów (m.in. „Bogowie ulicy”) i interesującej wojennej „Furii” próbuje sił w wysokobudżetowym kinie, nie jestem. Niemniej jednak „Suicide Squad” nie może się również z marvelowskim „Deadpoolem”, gdzie superbohaterem został również psychopatyczny socjopata.

„Legion samobójców” ucieszy z pewnością fanatycznych fanów komiksu, ale znudzi albo nawet zniesmaczy resztę widzów. Bohaterami tym razem nie są krystaliczni „good guys” jak Batman (pojawia się z twarzą Bena Afflecka na trzecim planie filmu) i reszta Ligii Sprawiedliwych (DC buduje pieczołowicie filmowe uniwersum właśnie pod TEN film), ale zgraja morderców i psycholi. Z założenia mamy więc do czynienia z filmem nihilistycznym i niemoralnym. O ile w większości mitologiczno-komiksowych filmów dostajemy jasny podział na dobro i zło, tutaj kibicujemy łotrom, który są zmuszeni szantażem do pracy dla rządu Stanów Zjednoczonych. Ba, wymowa tego, jak zwykle u DC, mrocznego i nad wyraz poważnego filmu jest jednoznaczna. Prawdziwymi bandziorami są cynicy z Pentagonu, a nie wykorzystywani przez nich łajdacy o supermocach. Mało odpowiedzialny zabieg w kontekście tego, że film jest przeznaczony dla jeszcze nie ukształtowanych umysłów nastolatków.

David Ayer dobrze wpisuje się w bezpieczny i nudny świat DC Comics, który jest ponownie pozbawione błysku, szaleństwa i przewrotności produkcji Marvela. Z rzemieślniczą precyzją doprowadza prościutką jak drut fabułę z punktu A do punktu Z, wypełniając ją odpowiednią dawką rozwałki i wymuszonego (niestety) humoru. Uchyla przy tym drzwiczki pozwalające zerknąć na zapowiedzi kolejnych filmów z serii. Nie ma jednak to wszystko duszy, choć jest świetnie nakręcone wizualnie. Całość dopełnia genialnie eklektyczna ścieżka dźwiękowa z przewrotnie użytymi hitami Black Sabbath, The Rolling Stones, Queen i Eminema.

A sami anty suberbohaterowie? DC wyspecjalizował się w uczłowieczaniu mitycznych postaci, więc i tutaj mamy całą paletę postaci, których postępowanie jest tłumaczone ich traumatycznymi przeżyciami z przeszłości. Kiedyś napisałem, że rozpoczęte Nolanowską trylogią o Batmanie psychologizowanie postaci DC nie ma w sobie magii filmów o Avengersach. Po „Suicide Squad” podtrzymuję tę opinię.

Z całej palety ekranowych łajdaków najlepiej wypada Robbie Margot. Jako psychopatyczna dziewczyna Jokera Harley Quinn jest perwersyjnie infantylna. Ta mieszkanka dziecinnej niewinności i psychozy rzeczywiście może przerazić. W roli rozdartego między miłość do córki i miłość do zabijania Deadshota sprawdza się Will Smith, zaś Latynosi mają w końcu swoją komiksową postać w czarująco przerysowanym Diablo (Jay Hernandez). Największym rozczarowaniem jest jednak postać Jokera. Wybitny aktor Jared Leto robi wszystko, by nie być posądzonym o naśladowanie kultowych kreacji najsłynniejszego wroga Batmana w ujęciu Hetha Ledgera (Oscar za rolę) i Jacka Nicholsona. Rzeczywiście jego Joker jest od nich różny. To banalny wariat i sadysta nie odsłaniający prawdziwych mroków duszy. Obok czystego szaleństwa Burtonowskiego Jokera i realnego zła u Nolana, nie wnosi ta interpretacja do wizerunku postaci nic nowego. Nie jest to wina Leto, który dwoi się i troi by przerazić widza. Jeżeli jednak show kradnie mu Margot, to znaczy, że scenariusz filmu rzeczywiście był pisany naprędce.

„Legion samobójców” nie jest niczym więcej niż miłą rozrywką w środku upalnego lata. Przeżujecie go szybciej niż nieźle przygotowany popcorn. Ani za słony, ani za słodki. Czy to wystarczająca rekomendacja? Byłaby, gdyby Marvel nie przyzwyczaił nas do wyższych standardów swoich filmów o superherosach. Twórcy „Legionu samobójców” może i samobójstwa nie popełnili, ale podejrzewam, że szybko pozbędą się ekranowych drani, którzy posłużą, w którymś z kolejnych filmów jako mięso armatnie dla Batmana, Flasha, Wonder Woman i Supermana. Bo on żyje, nieprawdaż?

3/6

„Legion samobójców”, reż: David Ayer, dystr: Warner Bros