"Noc w Ville-Mari". Subtelne kino ze zjawiskową Monicą Bellucci. Recenzja

Kino Świat/materiały prasowe
Kino Świat/materiały prasowe

Subtelny melodramat Kanadyjczyka Guya Édoina uwypukla talent reżysera do tworzenia dwuznacznych, niedopowiedzianych ludzkich portretów. To kino subtelne, wyciszone i wymagające skupienia, ale jednocześnie nie tak trudne w odbiorze jak modne dziś arthouse’owe i nierzadko napuszone dzieła.

„Ville-Marie” to koncert Moniki Bellucci, która stworzyła rolę na miarę najlepszych kreacji u Giuseppe Tornatore. Gwiazda filmowa Sophie Bernard (Bellucci) przylatuje do Montrealu na zdjęcia do nowego filmu. Na wpół biograficzny obraz jest kręcony przez jej byłego partnera, co nadaje mu ekshibicjonistyczny wymiar. Sophie, będąc w mieście, chce się spotkać z dawno niewidzianym synem (Aliocha Schneider), z którym od lat ma pogruchotane relacje. Édoin wzorem wczesnego Alejandra Gonzáleza Iñárritu prowadzi dwutorowo dwa wątki, które w kulminacyjnym punkcie się przecinają.

W innej części Montrealu inna matka (Pascale Bussières) nie umie się pogodzić z przeszłością. Pracująca na ostrym dyżurze w szpitalu Marie, podobnie jak Sophie, zakopuje ból pod obowiązkami zawodowymi. Również ona ma skomplikowany związek z synem, na który wpłynęły dra matyczne wydarzenia z przeszłości. Kulminacją spotkania czwórki bohaterów są wydarzenia w dzielnicy Ville-Marie, które będą miały zarówno oczyszczający, jak i pogrążający wymiar.

„Ville-Marie” przypomina kino Pedra Almodóvara. Nie pod kątem specyficznej fikuśności, ekscentryczności czy przewrotnego wizjonerstwa Hiszpana. Kanadyjski reżyser jest po prostu równie przenikliwy w portretowaniu kobiet. Subtelna Pascale Bussières kipi skrywanymi emocjami. Co chwila można odnieść wrażenie, że doświadczymy emocjonalnej eksplozji, zmieniającej tor całej akcji. Édoin jednak pewnie prowadzi swoje muzy, trzymając z pozoru wolno płynącą akcję w ryzach.

Rękę Kanadyjczyka widać w znakomitej roli Bellucci. Roli wolnej od gwiazdorskiej maniery i żurnalowego seksapilu, w jaki Włoszka przez lata była wpychana. Bellucci jest na ekranie nie seksbombą, ale subtelną i pełnowymiarową aktorką. Sophie w peruce upodabniającej ją do Lany Turner dokonuje ekranowej wiwisekcji swojego życia, przykrywając osobiste demony kiczowatością kręconego filmu. W prawdziwym życiu gwiazda nie umie się uporać z macierzyńską porażką, w którą autodestrukcyjnie wchodzi coraz głębiej. Wszystko przez skrywane tajemnice, pęczniejące z każdym kolejnym rokiem. Sophie kręci filmy z dala od Kanady, odsuwając od siebie relacje z synem. Chce uciec z tchórzostwa? Infantylizmu karierowiczki ze świata kina? Ten film nie daje prostych odpowiedzi.

Wybrzmiewa w „Ville-Marie” intensywnie przejmujący wątek antyaborcyjny. Jedna z bohaterek tuż przed nielegalnie wykonywaną aborcją waha się i w ostatniej chwili ratuje swoje dziecko. Mimo to niedoszły „zabieg” masakruje matczyną psychikę, uniemożliwiając zbudowanie zdrowych relacji z dorosłym dzieckiem. Spokojnie, nie jest to film ideologicznie zdefiniowany. Kanadyjski twórca niuansuje każdą postać. Nie ocenia ani nie daje jednoznacznych odpowiedzi. To jeden z filmów opowiedzianych między słowami. Trzeba się w niego wsłuchać, by usłyszeć, co twórca ma do powiedzenia.

4/6

„Noc w Ville-Marie”, reż. guy Édoin, dystr. Kino Świat

Autor

Klikasz i czytasz tygodnik Sieci na telefonie Klikasz i czytasz tygodnik Sieci na telefonie Klikasz i czytasz tygodnik Sieci na telefonie
W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...