„Stranger Things”, kolejna serialowa propozycja Netflixa, to niesamowicie apetyczny kąsek dla tych, którzy z sentymentem wspominają popkulturę lat osiemdziesiątych (powiedzmy, że z kilkuletnim zapasem w obie strony). Mamy wrażenie, że oglądamy wyjątkowo udaną adaptację jednej z lepszych powieści Stephena Kinga dokonaną przez Stevena Spielberga. Przy czym obaj twórcy byli w szczytowej formie i obyło się bez kingowskich dłużyzn i spielbergowskiego patosu i ugrzeczniania.

Twórcy – bliźniacy Matt i Ross Duffer – zaoferowali nam miks paru gatunków, swoisty „horror familijno–policyjny” (groza plus kino familijne plus kino policyjne) z elementami „kina nowej przygody”, science fiction ale też… młodzieżowego romansu – jakby nie patrzeć, dylematy uczuciowe dorastającej Nancy Wheeler pełnią tu niebagatelną rolę. Wszystko się ładnie uzupełnia: horror nie może być nadto straszny, skoro opowiada o dziesięciolatkach, ale na szczęście nie jest też straszny za mało. Żadnych „Pił”, raczej paranormalne patenty z dawnego kina grozy, okraszone świetną muzyką. Sam motyw przewodni z czołówki brzmi, jakby powstał trzydzieści lat temu na syntezatorze, ale usłyszymy też The Clash, Petera Gabriela czy Joy Division i łezka się w oku zakręci niejednemu dużemu chłopcu czy dużej dziewczynie.

Oczywiście twórcy są świadomi, że igrają z kinem klasy B – ale czy „The Goonies”, „Stand By Me”, „Carrie” to jeszcze klasa B czy już szlachetna klasyka kina? Zresztą, do „Martwego zła” też są tu aluzje… Twórcy windują ową klasę B na nowy poziom, tworząc zaskakująco bogatą opowieść z nietuzinkowymi postaciami. Bodaj najciekawszym wątkiem jest historia przyjaźni chłopców – takich trochę nerdów sprzed kilku dekad – z dziewczynką, mającą w sobie sporo z „obcego” (posiadającą „supermoce”, tj. umiejętność telekinezy, ale nie rozumiejącą elementarnych pojęć typu przyjaźń czy poczucie wstydu) to piękna opowieść o wzajemnym dojrzewaniu i „uczłowieczaniu się”, która poruszy każdego i która przy okazji dobrze pokazuje, po co wymyślono fantastykę. Jest też wątek policjanta po przejściach (David Harbour), który znajduje swoją misję – poszukiwanie chłopca porwanego przez tajemnicze „coś”. W czym nie przeszkodzą mu żadne supertajne laboratoria CIA z całego USA, legion szalonych naukowców i Obcych. Trzeci wątek to nastolatka Nancy (Natalia Dyer) rozdarta pomiędzy „samcem alfa” a wyalienowanym społecznie fotografem. Bez obaw, to nie poziom „Zmierzchu”, choć nażelowana fryzura Steve’a (Joe Keery) jest jeszcze bardziej wyczesana niż ta Roberta Pattisona.

Pewnie, że postaci tutaj są przerysowane, nadekspresyjne (może poza policjantem-twardzielem), ale nie jest to wada – większość bohaterów to dzieci, a one przeżywają świat intensywniej o czym potem same zapominają. No i to raczej nie Winona Ryder, grająca zdesperowaną matkę zaginionego chłopaka (kto jej nie pamięta „Soku z Żuka” z tamtych lat) i David Harbour jako policjant utkwią nam najbardziej w pamięci, ale one właśnie – te młodsze i te nastoletnie. Zwłaszcza Millie Bobby Brown jako „Jedenastka” i Finn Wolfhard jako Mike Wheeler.

Wszystkie trzy wątki – dziecięcy, nastoletni i „policyjny” ładnie się splotą w finale, bo w końcu wszyscy szukają chłopca porwanego przez „coś”. Na pytanie co, kto i dlaczego, twórcy udzielają nam kolejnych odpowiedzi skąpo, ale regularnie (powiedziałbym, że lepiej niż w „Twin Peaks” czy „Lost”), podpierając się „naukowo” Carlem Saganem czy teorią światów alternatywnych Hugh Everetta. Wszystkie dawne i obecne nerdy będą w siódmym niebie, choć niektórzy rodzice mogą dostać palpitacji serca, spodziewając się kina familijnego (widząc sympatyczne dzieciaki), a otrzymując jednak porządną dawkę grozy, która w najgorszych momentach wygląda jak Obcy z filmów Scotta/Camerona w wersji soft.

Na kilka godzin przeniesiemy się w czasie do lat osiemdziesiątych, czasów przebojów z kaset wideo, kiedy to najsmakowitsze były filmy „zakazane”, budzące dreszczyk emocji, te wszystkie Wesy Craveny, które z perspektywy czasu wydają się jednak dość poczciwe. Bracia Dufferowie zrobili trochę coś takiego jak twórcy serialu „Ash vs Evil Dead”, który też jest takim retro-hołdem – ale „Ash…” jest skrajnie przerysowany i trzeba lubić takie hardcorowe klimaty a’la Robert Rodriguez, żeby go docenić – „Stranger Things” spodoba się szerszej widowni.

Na swój sposób serial jest dość konserwatywny – choćby dlatego, że wręcz szantażuje widza nostalgią za „złotym wiekiem” – tu są nim zmitologizowane i popkulturowe lata osiemdziesiąte. Aż łatwo się zapomnieć i zacząć marudzić, że dzisiejsza popkultura to dno, a „Transformersy” i „Zmierzchy” to lipa. I że kiedyś było lepiej – krótkofalówki były bardziej fascynujące niż skype w smartfonie, towarzyskie gry RPG pełniły jednak funkcję socjalizującą, a dzieciaki były mniej zepsute i bardziej towarzyskie niż dzisiejsze… Serial przypomni też czasy, kiedy zła tak nie relatywizowano tak jak teraz, kiedy każdy monster i inny serial killer często jest z ludzką twarzą. Zresztą, sam horror jest gatunkiem dość konserwatywnym – większość, w tym ten, opowiada przecież o tym, że smoka czy innego Demogorgona można pokonać.

Stranger Things. USA 2016. Dyst. Netflix.

5+/6

Sławomir Grabowski