„Czarna kolonia” Arkadego Saulskiego to powieść science fiction. Zaskoczenie? Trochę tak, w końcu znamy autora z łamów „Frondy” i „Wgospodarce.pl”, a zarówno dla religiantów, jak speców od ekonomii zajmować się SF raczej nie przystoi.

Co więcej, powieść nie mierzy się z Lemem czy Dukajem, jest czystą literaturą gatunkową – to stuprocentowa militarna space opera o korporacyjnych wojownikach-najemnikach i pojedynkach kosmicznych krążowników. Przypomina mi się tutaj inny autor, który też był znanym z „Frondy” konserwatystą, nazywał się Szczepan Twardoch i też w swoich juweniliach flirtował z fantastyką. Flirtowanie Twardocha było takim jaśniepańskim gestem pisarza, który musi zniżyć się do poziomu łasego na fantastyczne niesamowitości odbiorcy. Saulski przeciwnie, zanurza się w konwencji po szyję, oferując męską, wypełnioną akcją prozę i „gamingową” wręcz intrygę dla dużych chłopców. Twardoch pisze w „Wielorybach i ćmach” o „idiotach naparzających się mieczami świetlnymi w telewizji”. U Saulskiego naparzają się i laserami, i poczciwymi kałasznikowami. Na szczęście nie non stop – ale miłośnicy militarnej SF z pewnością będą usatysfakcjonowani.

Jak zwykle, przy lekturze takich kawałków, zgred walczy we mnie z entuzjastą – w końcu gdyby nie „Gwiezdne wojny”, „Gwiazdy moim przeznaczeniem” i inne space opery, pewnie nie przekonałbym się do fantastyki jako języka uniwersalnego. Swoją drogą – to, na co dziś krytyka kręci nosem, jutro staje się szacowną klasyką. Jeszcze niedawno pogardzano Pilipiukiem, za to Sapkowski zdążył wstąpić już na parnas. Przedtem jednak to Sapkowski był godzien pogardy, a np. Zajdel wręcz przeciwnie. Jeszcze wcześniej – cała nasza fantastyka socjologiczna nie umywała się do Lema. A przecież i na Lema pomstowano, że ogłupia bogobojną, porządną socjalistyczną młodzież dyrdymałami o kosmosie. Ale na tle nie tyle Lema, a pisanych obecnie „space oper” dla „młodego dorosłego” (young adult) odbiorcy, powieść Saulskiego prezentuje się całkiem przyzwoicie.

Tym bardziej, że jest tu też coś więcej poza futurologiczną nawalanką. Nawet fani dystopii znajdą tu coś dla siebie – dystopijnie pobrzmiewa cała historia kolonizacji Marsa, który z ziemi obiecanej szybko staje się miejscem zsyłki dla zbędnej części ludzkości, ponieważ na Ziemi trzeba zrobić miejsce dla bogatych. Są to takie echa ponurej SF, gdzie zamiast wypasionych, futurystycznych pejzaży mamy slumsy pełne wkurzonych kolonistów. Dzisiejsza SF generalnie nie wierzy w świetlaną przyszłość, wypełniają ją zombie i apokalipsy – czasem aż człowiek tęskni do dawnego optymizmu. Co prawda „Interstellar” i „Marsjanin” próbowały niedawno wskrzesić ducha kosmicznej eksploracji i zmotywować do podniesienia z Ziemi tyłka. W powieści Saulskiego nie znajdziemy ani przesadnej wiary w ludzkość, która się umoralni wraz z postępem technologicznym, ani nadmiernego fatalizmu – w końcu jakoś w ten kosmos ruszymy, choć ciągle będziemy mieli pod górkę. Przyczynią się do tego nie państwa, a korporacje, prowadzące swoją trochę szlachetną, a trochę wredną politykę. I korporacje mają swoje „ministerstwa propagandy” (lobbystów), a generowane przez nie konflikty nie ustępują tym „państwowym”. Ale to im właśnie zawdzięczamy eksplorację Układu Słonecznego… Powieść nie daje się łatwo zaklasyfikować w pro- czy antykorporacyjne szufladki. Może to też echa inspiracji grami komputerowymi, gdzie nic nie jest czarno-białe, a stronę możemy sobie wybrać dowolną i żadna nie jest moralnie uczciwsza. Podobnie „Czarna kolonia” nie jest ani prowojenna, ani antywojenna. Pacyfistów odstraszy – zbyt dużo tu radosnej nawalanki, detalicznych (slow-motion) opisów trajektorii pocisków przechodzących przez ludzkie mięso armatnie. Dużo tu dywagacji o egzoszkieletach, goliatach i innych dronach czy właściwym położeniu mostka kapitańskiego (dowiemy się, że autorzy piszący SF zazwyczaj umieszczają go w absurdalny sposób na dziobie statku, straszne patafiany). Powieść na upartego można uznać za antywojenną, gdy poznamy przyczyny konfliktu, owocującego stosami trupów, ale nawet wtedy „antywojenna” nie oznacza „antywojskowej” – cnoty wojskowe przetrwają nawet w korporacji (wydaje się to nazbyt optymistycznym założeniem). Nie wykluczam, że są to literacko przetworzone echa doświadczeń edukacyjnych wyniesionych z Akademii Wojskowej w Gdyni – aż człowiek żałuje, że ominęło go to doświadczenie…

Podobnie niejednoznaczny jest w powieści stosunek do religii. SF zazwyczaj bywa ateistyczna (choć ciekawsza jest, gdy próbuje nie być, ale najlżejsza przychylność wobec religii powoduje posądzanie autora o fanatyzm). Owszem, jeden z pilotów jest wierzący – ale żeby było śmieszniej, to jest to pilot… konkurencji, czyli wroga. Najwyraźniej Saulski unika jak ognia, by zostać osądzony o „powieść tendencyjną” – a takie u nas pisze podobno Marcin Wolski (według Jerzego Sosnowskiego) albo, z drugiej strony, Wojciech Orliński (według reszty wszechświata leżącego poza Mgławicą Wyborczą). Cóż… akurat trochę mi tej „tendencyjności” brakuje. Sam postrzegam SF jako literaturę idei, gdzie ich testowaniu służą skonstruowane uniwersa. Dziś i Zajdel byłby, obawiam się, uznany, za „pisarza tendencyjnego”, że o Orwellu i Huxleyu nie wspomnę. Albo w drugą stronę – Le Guin jest tendencyjna do bólu, tylko w drugą stronę, a jest wybitną pisarką. Czysta intryga, jaką serwuje Saulski, pozostawia pewien niedosyt, ale zapewne wynika to z odgórnego założenia autora, że literatura popularna ma być literaturą popularną, a nie publicystyką – a przełożyć idee „niepublicystycznie” na literaturę jest jednak diabelnie trudno. Od SF oczekuję (jak za starych, dobrych czasów) nowego konceptu, zaskoczenia, spojrzenia na rzeczywistość z odmiennej perspektywy. Dziś odbiorcy fantastyki lubią głównie te uniwersa, które doskonale znają (ech, konserwatyści), więc autorzy, którzy idą z duchem czasu, wolą sprawdzone rozwiązania. Powieść nie grzeszy oryginalnością światostwórczą, scenograficzną – całe te militarne technikalia wypełnione elektroniką znamy z innych uniwersów. Zresztą, często odnosi się wrażenie, że po odjęciu kilku gadżetów i wykasowaniu z orbity krążowników historia może dziać się np. w Afganistanie. W jakim stopniu gadżety są futurologicznie podrasowane, a w jakim są już normą – to pytanie do znawców współczesnej techniki wojskowej. Może się podobać zabawa konwencją epistolarną, co dodaje powieści dodatkowej polifoniczności – o przebiegu niektórych wydarzeń dowiadujemy się z listów bohaterów. Doceniam też powplatane tu i ówdzie akcenty retro – Mars Marsem, ale Frank Sinatra rządzi i za kilkaset lat. Można marudzić, że fabuła zbyt prosta a język niespecjalnie skomplikowany, ale najpewniej autor uznał, że lepiej napisać prosty, bezpretensjonalny kawałek niż ponieść porażkę, wynikającą z przerostu ambicji. Gracze komputerowi, tłukący w „Starcrafta” i „Mass Effect” będą być może mieli pewnie z powieści najwięcej radochy. Śledzący rozmaite fantastyczne polonica odnotują istnienie postaci o swojskim nazwisku Puławski. W powieści na pytanie, skąd pochodzą, odpowiadają one „z dalekiego kraju”. Swoją drogą, Unia Europejska już się w tym świecie rozpadła – Polska, mam nadzieję, istnieje, choćby jako ten „daleki kraj”.

Widzę w powieści, w uniwersum spory potencjał – akcenty dystopijne doceniam, podobnie też pewne porzucenie naiwności, które na szczęście nie przeszło w całkowity cynizm i katastrofizm. Ciekaw jestem najbardziej dalszych losów Tarkowa, postaci jakby żywcem wyjętej z prozy Dicka (wizje nie-do-końca-halucynogenne, wreszcie quasireligijne zniknięcie na pustyni) – pewnie wyjaśnią to następne tomy. „Czarna kolonia” wygląda trochę na rozgrzewkę, prolog większej całości – nawet nazwanie jej space operą jest trochę na wyrost, większość akcji dzieje się na Marsie i w okolicach, ale potencjał „ogólnokosmiczny” dalszego ciągu jest wyraźnie zaznaczony. Powieść pisana dla radochy własnej i czytelnika, czerpiąca pełnymi garściami z ogólnodostępnego skarbca fantastyki naukowej, bardzo starająca się, by nie zanudzić czytelnika. Czekam na dalszy ciąg.

4/6 Arkady Saulski, Czarna kolonia. Kroniki Czerwonej Kompanii T. 1. Drageus Publishing House, Warszawa 2016. Sławomir Grabowski