„Tarzan: Legenda”. Politpoprawna nuda i Landa duszący wrogów różańcem. Recenzja

„Tarzan:Legenda”, reż: David Yates, dystr: Warner Bros
„Tarzan:Legenda”, reż: David Yates, dystr: Warner Bros

Nowa wersja klasyki Edgara Rice’a Burroughsa zaskakuje tylko w negatywny sposób. „Tarzan. Legenda” to do bólu przewidywalny, „popcornowy” wakacyjny produkt, który 5 minut po seansie wylatuje z głowy z szybkością przemieszczania się po dżungli lorda Greystoke’a.

Nowa wersja przygód Tarzana jest opowiedziana dwutorowo. Lord Greystone (Alexandr Skarsgard) i Jane (Margot Robbie) prowadzą spokojne życie w angielskim zamku. Ich spokój zostaje zburzony przez wydarzenia w odległej Afryce, do której oboje nie chcą nigdy więcej wracać. Pojawienie się w Kongo demonicznego Leona Romy (Christopher Waltz) powoduje, że angielski lord znów musi zamienić się w dzikiego Tarzana, a Jane założyć kostium stęsknionej za pierwotnym testosteronem partnera samicy. Wraz z nimi do dżungli udaje się czarnoskóry ambasador USA Williams ( Samuel L. Jackson). Wątek walki Tarzana i Romy jest przemieszany z retrospektywnymi ujęciami losów Greystone’a, który po śmierci rodziców w dżungli został uratowany przez małpy, spotkał rodzinę Jane i odzyskał swoją tożsamość.

David Yates znany jest z czterech części przygód Harry Pottera. Ma więc opracowany patent na wysokobudżetowe, wizualnie olśniewające kino przeznaczone dla mas. Paradoksalnie spec od filmów o czarodziejach zgubił jednak całą magię opowieści o brytyjskim szlachcicu wychowanym w afrykańskim Kongo przez małpy. Yates zgodnie z dzisiejszą modą stara się zburzyć archetypiczny wizerunek Tarzana. Uczłowiecza go, porywając duchowymi i cielesnymi bliznami. Robi to jednak irytująco połowicznie. Nie zbliża legendarnej postaci do choćby Batmana z Nolanowskiej trylogii i momentami można odnieść wrażenie, że wolałby pójść drogą bezczelnego weterana Georga Millera, który w dobie uczłowieczania ikon popkultury, zrobił genialnie staroświeckiego „Mad Maxa”.

W zasadzie nie wiadomo nawet kim jest szargany wewnętrznymi rozterkami główny bohater. Dlaczego nie chce wrócić do dżungli? Czy nie potrafi zmierzyć się z własną legendą? Chce się odciąć od korzeni? A może odpycha od siebie własną naturę przez dramat Jane, która poroniła ich dziecko? Również ona jest nakreślona zbyt grubą linią. Skarsgard pręży swoje idealnie wyrzeźbione ciało nie mając przy tym nic do powiedzenia. Ok, taki też jest Tarzan. Ale gdzie szaleństwo w oczach? Gdzie zderzenie pierwotnej, dzikiej zwierzęcości z arystokratycznym, wymuskanym blichtrem? Brakuje mi u Skarsgarda niepokojącego spojrzenia choćby Christophera Lamberta z filmu z lat 80-tych. Natomiast robiąca co chwile głupie miny blond piękność Robbie byłaby perfekcyjnym dodatkiem do mięśniaka, gdyby twórcy nie robili z niej na siłę feministycznej ikony. W zasadzie jej rola symbolizuje cały problem tego rozdartego między realizm a komiks filmu.

Destrukcyjny błąd tego rozkroku zamyka się też w postaci Romy. Kolejną, do znudzenia powtarzalną rolę łotra gra Waltz. Sprawdziłaby się ona w umownie komiksowym filmie. Drażni i żenuje w przygodowym kinie akcji z aspiracjami. Doprawdy smutno się robi widząc jak dwukrotny zdobywca Oscara za role u Tarantino oparł cały swój wizerunek na różnych wariantach psychopatycznego Landy z „Bękartów wojny”. Jedyną ciekawą psychologicznie postacią jest grany przez zawsze intrygującego Samuela L. Jacksona weteran wojny secesyjnej, który w dżungli odkupuje własne grzechy z przeszłości. No, ale przecież Tarzan nie jest opowieścią o byłych amerykańskich niewolnikach walczących o wolność Afrykańczyków. Trudno mówić o sukcesie filmu, skoro tylko ten wątek zapada w głowie, nieprawdaż?

Na dodatek historia jest podlana nieprzyzwoicie słodkim politpoprawnym lukrem. Wszyscy Murzyni są tutaj honorowi, mężni i wykształceni. Ba, nawet wojownicy z buszu mówią piękną angielszczyzną! Kto zaś popełnił grzech, który trapi go całe życie? Oczywiście biały, umięśniony potomek kolonizatorów. Przynajmniej ma on wyrzuty sumienia i ratuje duszę, czego nie można powiedzieć w głównym czarnych charakterze, który ze sprawnością mafiozów używających garoty, dusi wrogów… różańcem. Cóż, mnie też twórcy udusili. Znużeniem, z którego nie wyrwał mnie nawet okrzyk Tarzana.

2/6

„Tarzan:Legenda”, reż: David Yates, dystr: Warner Bros

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...