„Baby Bump”. Za dużo śmierdzących wydzielin by móc ten sos przełknąć. Recenzja

„Baby Bump”, reż: Jakub Czekaj, dystr: Balapolis
„Baby Bump”, reż: Jakub Czekaj, dystr: Balapolis

Chyba byłem jakimś nudnym i nienowoczesnym nastolatkiem. Dorastanie nie kojarzy mi się specjalnie ze spermą, kałem ropą z pryszczy i obnażoną pochwą oraz tyłkiem rodzicielki. Nie kojarzy mi się z rosnącymi cyckami i wysiadywaniem „nowego ja” w jajku. Nie kojarzy mi się z psychopatyczną myszką z kreskówki paplającą po angielsku, bym zarżnął nożem kuchennym moją matkę i odcinał sobie penisa podczas młodzieńczej masturbacji. Lubiłem słuchać Edypowskich fragmentów „The End” The Doors, ale nie brałem ich nigdy na poważnie. Może dlatego, że miałem dystans do pijanego bufona Morrisona?

Ale może to ja po prostu byłem zawsze nudnym dziwakiem z prowincji i nie pojmowałem istoty dojrzewania dzieciaków ze stolicy? Tym bardziej nie pojmuję problemów nastolatków żyjących w erze hipstera i fast foodowej papki płynącej z TV, przy której „Czar Par” z mojej młodości był wysublimowaną i wyrafinowaną rozrywką na poziomie najlepszych światowych oper. Może właśnie dlatego nie kupuje oklaskiwanego przez krytyków „Baby Bump”, który rzekomo pokazuje czym w rzeczywistości są cierpienia nastolatków, które tutaj zamyka się w wytryskach i przeklinaniu po angielsku.

„Baby Bump” Jakuba Czekaja jest reklamowany jako połączenie koszmarów Davina Lyncha z kinem Walta Disneya. Ma to być nowy „Boyhood” czy filmowy mocarz made in Poland w stylu „Sali samobójców” Komasy. Rzeczywiście trzeba pochwalić młodego filmowca za odwagę artystycznego puszczenia wodzy własnej fantazji. Trzeba mieć cholerną odwagę by sprzedawać totalne nic w formie sztuki. A może to nie odwaga, ale codzienność artystów w czasach wkładania do moczu krzyża i sprzedawania tego jako artystycznego wyrazu? Dorastanie jest wdzięcznym tematem dla filmowców i najlepiej wychodzi na ekranie, gdy jego wizja płynie, pisząc górnolotnie, z głębi serca twórcy. Mądrość tych opowieści wybrzmiewa tylko wtedy, gdy są one szczere i niewyrachowane.

31 letni Jakub Czekaj już teraz wypracował swój własny styl, który kiedyś może stać się u niego równie wyrazistym znakiem rozpoznawczym jakie mają Wes Anderson czy Nicolas Refn. Na pierwszy rzut oka„Baby Bump” przypomina zjawiskowe „Córki Dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej. Jendak zupełnie brak u Czekaja bezpretensjonalności i luzu Smoczyńskiej.

Lubię eksperymentalne i skandalizujące kino spod znaku Cavani, wczesnego Ferrary czy późnego Pesoloniego. Dlatego nie daję się uwieść kolorowej karuzeli, kalejdoskopowej stylistyce cyrkowego teatrzyku podświadomości dojrzewającego chłopca. Za krzykliwą formą wyrazu filmu Czekaja nie kryje się żadna odkrywcza i mądra teza.

Choć rzeczywiście ten film momentami hipnotyzuje zdjęciami Adama Palenty i do niektórych rozwiązań narracyjnych będę z przyjemnością wraca. To jednak za mało by polubić historię dojrzewające polskiej „Myszki Mickey” ( Kacper Olszewski) z polskich blokowisk. W zasadzie trudno mówić tutaj o jakiejkolwiek historii. Opowieść o dojrzewającym i mającym problemy z  własną tożsamością seksualną ( w polskim kinie chyba każdy nastolatek jest gejem albo Hermafrodytą) chłopcem, który mieszka z samotnie wychowującą go matką (Agnieszka Podsiadlik) jest czysto pretekstowa. Czekajowi chodzi wyłącznie o popisanie się umiejętnością zgrabnej, teledyskowej narracji. Rzemieślniczo doskonałym sklejeniem ze sobą luźnych scenek, mieszance animacji, ujęć rodem ze slashera czy absurdalnej komedii, a nawet musicalu.

A to, że nie ma to jakiekolwiek sensu, ma być wartością. Postmodernizm polega przecież na ładnym opakowaniu pustki tudzież sprzedaniu wyperfumowanego gówna. „Baby Bump” jest filmem wyrachowanym, co odbiera mu czystość. Czekaj przekracza granicę dobrego smaku, dla samej radochy jej przekroczenia i sprzedania „skandalicznego filmu”. Nie jestem przeciwnikiem obrazowej przemocy i schodzenia do rejonów nieznanych zwykłym ludziom. Ten zabieg musi jednak mieć jakikolwiek sens! U Czekaja z pietyzmem pokazując wydzieliny z pochwy, odbytu, penisa, pryszczy nie tylko nie mówi nam nic o istocie dojrzewania. Nuży to wszystko i obrzydza czas spędzony w kinie jak niemieckie „Wilgotne miejsca”. Do tego dochodzą na siłę skandalizujące sugestie kazirodcze i pedofilskie odniesienia, mające wyłącznie zapewnić darmową reklamę po oburzeniu moralizatorów.

„Baby Bump” jest kinem ciekawym stylistycznie. Pokazuje też, że polscy filmowcy nie boją się mówić własnym, nie nastawionym na komercje językiem. To jednak za mało by chwalić film absolutnie nonsensowny i pusty. Nawet jeżeli jest zanurzony w sos z napisem „awangarda”. Za dużo tu śmierdzących wydzielin by móc ten sos przełknąć.

2/6

„Baby Bump”, reż: Jakub Czekaj, dystr: Balapolis

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...