„Pióra” to druga po „Mirażu” książka Zbigniewa Wojnarowskiego wydana w serii „Zwrotnice czasu”. „Miraż” był hołdem dla kina, „Pióra” kłaniają się polskiej literaturze, głównie tej kanonicznej, którą męczy się dzieciaki w szkołach. Opowiadań jest jedenaście, a każde zdaje się lepsze od poprzedniego. Każde bierze na warsztat inną epokę i orbituje wokół jakiegoś kanonicznego utworu czy autora – od „Bogurodzicy” poprzez Kochanowskiego, Niemcewicza, Słowackiego, Prusa aż do współczesności… a nawet trochę dalej. Trochę tak, jakby autor postawił sobie zadanie przerobienia nudnych tematów z lekcji języka polskiego na fascynujące opowiadania. Efektem jest ambitna literatura, ładnie rozpięta między popkulturą a „literaturą wysoką”, której nie powstydziłaby się seria „Uczta wyobraźni”. Mickiewicz czy Kochanowski, tworząc literaturę „wysoką”, czerpali pełnymi garściami z „literatury niskiej” czy z folkloru. Wojnarowski robi coś odwrotnego – tworzy swoje opowiadania, które są (przynajmniej początkowo) mocno „popkulturowe” – czerpiąc przy tym pełnymi garściami z kanonu.

Seria „Zwrotnice czasu” początkowo zdawała się celować w „mocarstwową” fantastykę, w alternatywne historie „ku pokrzepieniu serc” – najbliższe tej realizacji były powieści Marcina Wolskiego i Macieja Parowskiego, choć też nie do końca. „Pióra” momentami są wręcz antytezą takiego podejścia – zbyt dużo tu melancholii i jakiegoś wręcz dziejowego fatalizmu. Zresztą, owe grzeszne rojenia o wielkości i tak zostały namiętnie wykpione przez Wojciecha Orlińskiego i Ziemowita Szczerka jako przejawy okrutnych myślozbrodni czy raczej wyobraźniozbrodni. Dostało się nawet Bogu ducha winnemu Łukaszowi Orbitowskiemu, który w „Ogniu” (też ze „zwrotnicowej” serii) bohaterem uczynił Józefa Kurasia, czym z automatu „wpisał się w prawicową narrację” i zasłużył na ochrzan od Orlińskiego.

„Pióra”, choć zakochane w polskiej wielkiej i tej trochę mniejszej literaturze, nie wpisują się ani w „mocarstwowość”, ani w „antymocarstwowość”. Jedyna „porządna” historia alternatywna funkcjonuje tutaj jako „powieść w powieści” (a konkretnie „blog w w opowiadaniu”) – oto bohater jednego z utworów pisze na blogu powieść w odcinkach „Niech żyje Auschwitz”. W niej to generał Grot–Rowecki nie zostaje aresztowany w lipcu 1943 roku (wystarcza, że donosiciel wpada do studzienki ściekowej…), trafia za to do Oświęcimia, gdzie… wyzwala obóz, korzystając z organizacyjnych osiągnięć Pileckiego, zabierając broń strażnikom etc. Sukces przyciąga – do zwycięskich „obozowiczów” przyłączają się inni, ciemiężone przez Hitlera narody pod polskim przywództwem zdobywają Berlin, Hitler zostaje powieszony, skazany na śmierć Stalin rąbie drzewa na Syberii. Polska „od Gibraltaru po Kaukaz” jest światową potęgą, mamy trzech polskich papież, świat się wreszcie z nami liczy jak z poważnym graczem. Trudno to brać do końca na poważnie, postrzegać inaczej niż gęstą od ironii kpinę z całej konwencji takiej „pokrzepiającej” fantastyki. Chociaż… ironię udało się autorowi ukryć dość głęboko. Ale też „Pióra” są książka wręcz arcypolską, gdzie nie kpi się z patriotyzmu, co najwyżej piętnuje wady Polaków.

Zaczerpnięta z literatury wizja polskiej historii i nas samych jest dość ponura i pozbawiona złudzeń. Polakom „niewola zapaskudziła dusze”, są apatyczni, kłótliwi, pozbawieni pragmatyzmu i perspektywicznego myślenia. Wojnarowski wybiera albo momenty przed katastrofą (przed rozbiorami czy II wojną światową) albo świeżo po niej (po klęsce powstania styczniowego). Przed wojną jasnowidz wróży Polsce „czterdzieści lat wędrówki przez pustynię”, ale potem czekają ją tylko „białe kości i piach” (ciekawa sugestia, jakoby można było przewiedzieć rozczarowanie III RP jeszcze przed wojną…). Zdaje się, że ciąży nad nami jakieś bezlitosne fatum, które nasi wielcy literaci, obdarzeni wyobraźnią i szóstym zmysłem, intuicyjnie przeczuwali i ostrzegali przed nadchodzącą klęską.

W opowiadaniu „młodopolskim” – w kontekście Jerzego Żuławskiego i „Na srebrnym globie” tegoż – pojawia się pomysł przyszłej Polski na… Księżycu (akcja toczy się jeszcze podczas zaborów) – co jest i humorystyczną, ale i smutną aluzją do Polaków jako narodu niepragmatycznego, ciągle z głową w chmurach. Smutną konstatacją kończy się też finałowe opowiadanie „futurologiczne”, trochę z Dukaja, trochę z Bradbury’ego, gdzie zamiast palenia książek mamy czyścicieli z „nankami”, którzy w ekspresowym tempie usuwają druk z papierowych książek znajdujących się w ruinach bibliotek. Tu straszy się nas obawą, że nawet literackie „everlandy”, choćby ten sienkiewiczowski, mogą zniknąć ze świadomości przyszłych pokoleń – literatura przeniesiona w świat cyfrowy okazuje się nietrwała i podatna na manipulacje.

„Pióra” nie mieszczą się w żadnej gatunkowej szufladce. Czego tu nie ma… Postmodernizm, Borges i szkatułkowe światy zamknięte w książkach. Dick i sypiąca się ontologia rzeczywistości. Groza – ta z romantyzmu i ta pogańska, rodem ze „Starej baśni’. Trochę fantastyka religijna, gdzie wystąpić mogą tak katolickie cuda, jak siły pogańskie – silnie ze sobą przemieszane, nawet „Bogurodzica” jest tu raczej quasipogańską „pieśnią mocy”. Konfederaci barscy niosą Matkę Boską (!), a na szlaku ich pielgrzymki dzieją się autentyczne cuda. Spotkać możemy też Babę Jagę, a nawet wiłę-samowiłę z rosyjskiego folkloru, która pełni tu rolę elementu ośmieszającego peerelowski racjonalizm… Jak pozytywizm – to „Lalka” Prusa, profesor Geist i opowiadanie niemal steampunkowe. Jak dwudziestolecie międzywojenne – to spirytyzm i tajemnicze, mediumiczne moce ówczesnych „ezoteryków”. Okładkowa notka sugeruje pokrewieństwo „Piór” z wizjami onirycznymi – jeśli tak, to witamy w krainie poezji, wizji wziętych z polskiej nieświadomości zbiorowej. Problem w tym, że jeśli uznać książkę za wizje poetycko-oniryczne, to przestaje być ona fantastyką…

Miłośnikom fantastyki ceniącym realistyczną narrację w wymyślonych światach mogą „Pióra” nie przypaść do gustu, choć autor robi co może, by zainteresować czytelnika – każde z jedenastu opowiadań rozpoczyna się jak porządna, historyczna narracja z danej epoki, korzystająca z konwencji np. kryminału czy powieści przygodowej. Po czym następuje spektakularny, „katastroficzny” rozpad świata – witamy we śnie, w wizji, w książce. Zakończenia opowiadań akcentowane są dodatkowo malarskimi scenami gęstymi od symboli, jak np. obraz wyjętych prosto z polskiej sielanki żeńców koszących… wystające z ziemi głowy Kozaków. Dla fantastów książka Wojnarowskiego może być za bardzo udziwniona – za dużo tu gier z tradycją, konwencją, z czytelnikiem. Cóż, fantaści zazwyczaj są dość konserwatywni i dlatego wolą fantastykę od często udziwnionego ponad miarę głównego nurtu, a wszelkie rewolucje formalne w nowoczesnej literaturze niewiele ich obchodzą.

Kto się „Piórami” zachwyci? Na pewno literaccy erudyci, poloniści czy historycy literatury, rozkochani w rodzimej twórczości, których nie przerażają takie nazwiska jak Jan Andrzej Morsztyn, Julian Ursyn Niemcewicz albo… Zygmunt Zeydler–Zborowski (autor powieści milicyjnej), ale też tacy, którzy nie kręcą nosem na popkulturę i postmodernizm. Tym bardziej, że nie brak tu też wątków metaliterackich, dotyczących np. kategorii prawdy w literaturze czy roli czytelnika.

Bardzo arcypolska, bardzo gorzka ale też bardzo piękna książka. „Pióra” to też hołd słowu pisanemu, które dziś traci na znaczeniu, pełna szlachetnej wiary w jego moc – i tę kreacyjną, i tę zmieniającą świat czy ludzką mentalność. To dobry przykład książki, która powstaje, gdy za fantastykę biorą się poloniści-humaniści, ze wszystkimi zaletami i wadami tegoż – erudycja, bogaty język, wyrafinowanie formalne, poetyckość, tony aluzji i symboli, wielogłosowość… Zarazem przekonaniu o sile literatury i słowa towarzyszy niewiara w obiektywną prawdę, skazanie na wieczną subiektywność – jak mówi jedna z postaci, „wszystko jest literaturą – podręczniki historii, wspomnienia z wojny, kronika policyjna, esbeckie akta, wyroki sądowe”.

wrażenie, że gdyby autorowi zależało na sukcesie komercyjnym, darowałby sobie te borgesowsko–oniryczno–dickowskie odloty i napisał porządne, historyczno–fantastyczne kawałki jak Jacek Komuda czy Adam Przechrzta i nie niszczył pieczołowicie kreowanych światów – tym bardziej, że potrafi konstruować bohaterów, których nie czuć papierem. Ale trudno nie docenić konsekwencji – takie erudycyjno-fantastyczno-oniryczne kreacje też mają swój urok, a autorowi trudno odmówić oryginalności i nie docenić kolosalnej pracy włożonej w książkę. Trochę gorzka, ale mimo wszystko uczta arcypolskiej wyobraźni.

5/6

Zbigniew Wojnarowski, Pióra albo sekretna historia literatury polskiej. Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2015.

Sławomir Grabowski