Zjawiskowy „Bone tomahawk” to antyteza ostatniego westernu Quentina tarantino. Choć to z pozoru głupiutka historyjka o kowbojach walczących z ludożercami, wybrzmiewa w niej pewna religijna siła.

Na ironię zakrawa to, że odtrutką na tegoroczny nihilistyczny western Quentina Tarantino „Nienawistna ósemka” nie jest neoklasyczna produkcja w duchu Johna Wayne’a, ale odjechane połączenie filmu o kowbojach z horrorem. To o tyle istotne, że coraz częściej „Bone Tomahawk” określa się filmem „tarantinowskim”. Nic bardziej mylnego. Opływający w pochwały krytyków debiut 43-letniego S. Craiga Zahlera to antyteza nie tylko ostatniego westernu Tarantino, lecz i całego kina ikony filmowego postmodernizmu. Ba, podejrzewam wręcz, że „złote dziecko” kina lat 90., oglądając „Bone Tomahawk”, rzekło: „Dlaczego, do jasnej cholery, ja na to nie wpadłem?!”. Według relacji samego Zahlera, podczas premiery jego filmu Tarantino wybuchał śmiechem. Podejrzewam jednak, że był to śmiech nie do końca szczery. Szczególnie że sam Zahler w wywiadach krytykuje ostatni western Tarantino z pozycji miłośnika tego gatunku.

Prawdziwie niezależny film

Zahler pokazał, jak robi się kino niezależne z prawdziwego zdarzenia. Jego film kosztował marne 1,8 mln dol., a zdjęcia trwały zaledwie 21 dni. Legendarny Kurt Russell był tak bardzo zachwycony scenariuszem, że sam pomagał zebrać budżet filmu i do minimum obniżył swoją gażę. Ta sytuacja przypomina notabene debiut Tarantino, który dzięki pomocy Harveya Keitela za małe pieniądze nakręcił w 1992 r. genialne „Wściekłe psy”. Zahler podobnie jak Tarantino przed dwoma dekadami długo próbował sił w świecie filmu. Przez lata jego scenariusze krążyły po Hollywood. Jeden z nich znalazł się nawet na prestiżowej „czarnej liście” najlepszych tekstów jeszcze niezrealizowanych w Hollywood. Przed zrealizowaniem „Bone Tomahawk” na podstawie jego tekstu nakręcono zaledwie jeden film — horror „Incydent” (2011). Zahler jest też autorem zdjęć do kilku mniej znanych offowych obrazów z lat 90. Ma na koncie kilka powieści (głównie westerny oraz SF) i nagrał kilka płyt z heavymetalowym zespołem.

Zmęczony niekończącymi się pertraktacjami z bossami z Hollywood wziął sprawy w swoje ręce i za pieniądze, które wydawane są w przeciętnym hollywoodzkim filmie na catering, zaangażował znamienite nazwiska, na czele właśnie z Russellem. Notabene inwestycja Kurta Russella w tak mały i niezależny film okazała się kolejnym z rzędu strzałem w dziesiątkę. Od występu w Tarantinowskim „Death Proof” (2007) legenda gwiazdora lat 80. XX w. wyraźnie się odradza. Rola szeryfa w tym specyficznym westernie Zahlera przypomniała jego kapitalny występ w „Tombstone” (1993), w którym wcielił się w samego Wyatta Earpa. Fatalistyczna postać z „Bone Tomahawk” to też subtelna polemika z twardzielami w typie Snake’a Plisskena z „Ucieczki z Nowego Jorku” (1981). Ciekaw jestem, jak Amerykanie zareagowaliby na western Zahlera, gdyby — tak jak w Polsce — trafił on na amerykańskie ekrany po głośnym filmie Tarantino.

A przecież Kurt Russell nie zgolił nawet wąsów po roli w filmie Zahlera, bezpośrednio przeskakując na plan „Nienawistnej ósemki”! Niestety „Bone Tomahawk” został na tyle mocno przytłoczony przez szeroko reklamowany film zdobywcy dwóch Oscarów za „Pulp Fiction” i „Django”, że zyskał łatkę „tego drugiego westernu z Kurtem Russellem”. Szkoda, bo nie tylko artystycznie bije na głowę wymęczone i wtórne dzieło Quentina. Choć film Zahlera wygląda na pierwszy rzut oka jak głupawa historyjka o walce ludzi z potwornymi kanibalami, to ma jasno określony morał.

Kowboje kontra kanibale

Pisałem już w swojej recenzji na portalu wPolityce.pl, że Zahler, łącząc horror i western, nie poszedł drogą płytkiej postmodernistycznej gatunkowej żonglerki. Nakręcił za to spójną stylistycznie i szczegółowo przemyślaną opowieść o przyjaźni, miłości, męstwie.

Do wyludnionego po sezonie na spędzanie bydła miasteczka Bright Hope (Jasna Nadzieja) przybywa bandyta (David Arquette), którego kompana (Sid Haig) zamordowało tajemnicze plemię Indian. Bandzior zostaje postrzelony przez szeryfa Hunta (Kurt Russell) i trafia do celi. Pod okiem zastępcy szeryfa opatruje go miejscowa doktor Quinn o imieniu Samantha (Lili Simmons), której mąż, kowboj Arthur (Patrick Wilson), jest przykuty do łóżka przez złamaną piszczel. Bandzior nie wyjawia, że wszedł na terytorium wyklętego przez innych Indian plemienia. Plemienia zdeformowanych, zrodzonych z kazirodztwa troglodytów kanibali. Wyglądający jak armia Wiecznego Joe z „Mad Maxa” (jakże inni od poprawnie politycznego wizerunku „rdzennych Amerykanów!”) Indianie porywają całą trójkę. Ich śladem ruszają utykający Artur, zdeterminowany szeryf, jego zastępca Chicory (kradnący film wzruszający Richard Jenkins) i rewolwerowiec Brooder (Matthew Fox).

Nie jest to jednak czwórka czysto zacnych, klasycznie bohaterskich kowbojów z filmów z Johnem Wayne’em. Nie są to też jednowymiarowo wredne sukinsyny z dolarowej trylogii Leone. Szeryf Hunt wyjątkowo mocno lubuje się w strzelaniu ludziom w nogi, Chicory to zdemenciały dziadek paplający o zmarłej żonie, a Brooder nawet na brutalnym Dzikim Zachodzie szokuje swoim rasizmem i pragnieniem zabijania Indian. Jedynym sprawiedliwym jest głęboko wierzący w Boga i miłujący ponad wszystko żonę Arthur, który jednak przez złamaną nogę spowalnia towarzyszy. A oni muszą wystawić swoje charaktery na próbę nie tylko podczas męskiego pościgu za wrogami, lecz i budując relacje z uciążliwym kaleką, przewyższającym ich notabene hartem ducha.

Ich podróż nie jest romantyczną kowbojską eskapadą wśród gór, pustyni i bezbrzeżnych prerii. To naznaczona odorem śmierci podróż przez Krainę Ciemności, przypominająca ostatnią drogę Williama Blake’a z Jarmuschowskiego „Truposza”. Zahler powoli buduje duszny dramat rozegrany na cztery świetnie napisane postacie. Gdy psychologiczna temperatura podnosi się zbyt wysoko, schładza ją groteskowo-ironicznymi dialogami. Nad całą akcją unosi się poczucie grozy. Śmierć bywa tu absurdalna jak u Coenów, ale ostatecznie przeradza się w jatkę rodem z najlepszych krwawych horrorów.

Bóg na pogańskiej ziemi

W przeciwieństwie do świata nihilisty Tarantino jest tutaj jednak dobro depczące ostatecznie potworowi łeb. Znane z „Mgły” Carpentera poczucie rezygnacji i beznadziei w oczach Russella zostaje przerwane przez prawdziwe, bo zanurzone w wierze, męstwo z pozoru najsłabszego z czwórki kowbojów. To właśnie ten aspekt obrazu Zahlera najmocniej dzieli go od filmu Tarantino. „Nienawistna ósemka” opowiadała o świecie bez wartości. Film otwierało długie ujęcie krzyża odwróconego do bohaterów tyłem. O ile jeszcze w oscarowym „Django” Tarantino opowiadał o zemście pozytywnego bohatera na grupie łajdaków, o tyle w „Nienawistnej ósemce” nie było ani jednego sprawiedliwego, z którym widz mógłby się utożsamiać. Można było odnieść wrażenie, że Tarantino jest w końcu sobą i może do woli eksploatować swój sadyzm oraz nihilizm. Zupełnie jawnie upajał się demoralizacją wykreowanych przez siebie antybohaterów.

„Bone Tomahawk” jest filmem nie mniej krwawym niż kino Tarantino. Piorunująca przemoc płynąca z ekranu (np. patroszenie żywego człowieka przez ludożerców) ma jednak przemyślany i jasno określony cel. Podobnie jak w serialu „Walking dead” obrazowa śmierć nie jest efekciarska, ale brutalnie wyrywa nas ze znieczulicy, przenosząc w świat czysto nieludzki. Oddalony od humanizmu, etyki, moralności i w końcu Boga. U Zahlera ten Bóg czuwa nad kowbojem kroczącym wbrew przeciwnościom losu po swoją żonę.

„Widzisz to?” — pyta niebiosa Arthur, wskazując pogańskie cmentarzysko, na którym kanibale składają kości swoich ofiar. Każdy, kto postawił nogę na tej przeklętej ziemi, skończył jako resztki między zębiskami Indian kanibali. Dopiero noga chrześcija nina „odczarowała” przerażające miejsce. By dobro jednak zwyciężyło, potrzebne są poświęcenie i ofiara będące centralnym punktem finału „Bone Tomahawk”. Uwypuklenie religijności kluczowego bohatera (beznadziejny pościg za potworami to odpowiedź na porwanie jego żony) zostało nawet źle przyjęte przez co bardziej furiackich lewicowych krytyków za oceanem. Podobnie jak „Apocalypto” Mela Gibsona zarzucano Zahlerowi przeciwstawianie szlachetności chrześcijan zezwierzęceniu czerwonoskórych pogan, zwanych dziś „rdzennymi Amerykanami”.

Czy można więc krzyknąć, że konserwatywne przesłanie kina o Dzikim Zachodzie w duchu Johna Forda nie umarło? Powrotu do takiego kina raczej nie będzie, ale „Bone Tomahawk” obiecuje coś istotniejszego z punktu widzenia tych, którym na sercu leży zachowanie konserwatywnych wartości w popkulturze. Oto w szczerym, nakręconym za małe pieniądze i przez to bezkompromisowo odważnym, gatunkowo eklektycznym filmie dobro jest utożsamiane z chrześcijaństwem, a dla małżeńskich więzów warto zaryzykować życie. To wszystko dostają widzowie idący na horrorową krwawą sieczkę o ludożercach i kowbojach! Może to jakieś nieśmiałe próby kontrrewolucji w kinie postmodernistycznym, którego głównym kreatorem jest właśnie Tarantino? Może nie przez przypadek co rusz powtarza on, że czas skończyć karierę i iść na reżyserską emeryturę? Przyklaskuję temu pomysłowi, jeżeli jego następcą miałby być ktoś taki jak twórca „Bone Tomahawk”.

Tekst pochodzi z tygodnika wSieci