„Kapitan Ameryka. Wojna bohaterów”. Ale też wojna idei. Wolność czy bezpieczeństwo? Recenzja

„Kapitan Ameryka. Wojna bohaterów”, reż: Bracia Russo, dystr: Warner Bros
„Kapitan Ameryka. Wojna bohaterów”, reż: Bracia Russo, dystr: Warner Bros

Nie zamierzam streszczać akcji formalnie trzeciej części filmu o Kapitanie Ameryce, który jednak wygląda bardziej jak bezpośrednia kontynuacja „Avengers. Czas Ultrona.” Za łatwo zrobić spoiler, psując tym samym zabawę fanom serii.

Uniwersum Marvela rozwinęło się już tak spektakularnie na wszystkie strony, iż trudno wskazywać, jaki film jest konkretnym sequelem jakiego filmu. Tym razem brakuje na pokładzie Nicka Fury, Hulka i Thora, ale za to wprowadzono postać Spider Mana (kapitalnie infantylny Tom Holland) i Czarnej Pantery (charyzmatyczny Chadewick Bosman może być jednym z ciekawszych superbohaterów). Dołączają oni do znanej z poprzednich filmów ekipy złożonej z: Kapitana Ameryki ( archaiczny Chris Evans), Iron Mana ( szyderczy Robert Downey Jr), Czarnej Wdowy ( pełna rozterek Scarlett Johannsson), Sokolego Oka ( zblazowany Jeremy Renner), Scartet Witch (dziecinna Elizabeth Olsen), Ant-Mana (bezczelny Paul Rudd), Visiona ( brytyjsko dżentelmeński Paul Bettany), Falcona (wiecznie na fochu Anthony Mackie), Buck’iego (Sebastian Stan) czy War Machine ( żołnierski Don Cheadle). O ile w poprzednich częściach mieliśmy głównie potyczki słowne między herosami, o tyle tutaj nasi ulubieńcy muszą ze sobą walczyć. Ich bitwa na niemieckim lotnisku to majstersztyk nawet w tak pełnym wizualnej perfekcyjnej akcji kinie o superbohaterach. Zapomnijcie o bijatyce Batmana i Supermana z tegorocznego mało udanego filmu ze stajni DC. Marvel wciąż jest krok do przodu od swojego głównego oponenta. 20 minutowa nawalanka olśniewa wizualnie, bawi autoironią i typowym dla tych filmów balansowaniem na granicy autoparodii. To istota filmów o Avengersach w pigułce.

Skąd wojna między przyjaciółmi? Oto po kolejnej wybuchowej akcji międzynarodowe gremia chcą objąć Avengersów kontrolą. Świat jest oczywiście wdzięczny herosom za ochroną, ale ta kosztuje coraz więcej żyć niewinnych cywili. Tego poddani presji medialnej demokraci wybaczyć przecież nie mogą. Jako, że związani wcześniej z T.A.R.C.Z.Ą superbohaterowie nie są teraz na garnuszku rządu USA, bez żadnej kontroli przekraczają granicę, doprowadzając do wściekłości cały, z gruntu antyamerykański, świat. Oczywiście w godzinie rozpaczy świat ten i tak skamla o silnie ramię Jankesów. Teraz jednak domaga się utemperowania aroganckich Amerykanów. Skąd my to znamy?

Misje Avengersów mają więc zostać objęte nadzorem ONZ , co nie podoba się wszystkim z herosów. O ile trapiony wyrzutami sumienia z powodu odejścia ukochanej i śmierci cywili Tony Stark akceptuje nową formę działalności, jego stały adwersarz Steve Rogers ma nie tylko tradycyjne amerykańskie symbole na tarczy, ale też nie zatrute lewicowym pięknoduchostwem wolnościowe serce. Stark zdjął kostium Iron Mana i w białym kołnierzyku pomaga walczyć ze złem świata. Ku przerażeniu Rogersa wtopił się w biurokratyczny system. Rogers to jednak rozmrożony z czasów II Wojny Światowej konserwatysta, uważający, że państwo nie powinno mieć kontroli nad każdym aspektem życia, a obywatele mają prawo się bronić na własną rękę. Kapitan Ameryka jest jak politycy Tea Party, zaś Iron Man to takie prawe skrzydło Partii Demokratycznej.

Ten typowy dla USA spór nie jest wcale infantylny i inspirująco wzbogaca serię. Bracia Russo nie przez przypadek w „Kapitan. Ameryka. Zimowy Żołnierz” podjęli tematykę powszechnego inwigilowania obywateli pod pozorem ich bezpieczeństwa. Poprzednia część ich serii miała jednoznacznie wolnościowy wydźwięk. W tym filmie wybrzmiewa on jeszcze wiarygodniej. Bracia Russo świetnie zresztą równoważą ze sobą polityczno-ideologiczne tony z dającym czyściutką frajdę komiksowym, wybuchowym kinem.

Ostatecznie musimy podjąć decyzję by iść albo za Starkiem albo Rogersem, którzy zebrali za plecami pokaźne armie herosów. Jest to o tyle trudne, że każda ze stron ma swoje racje, a wszyscy bohaterowie są na tyle dobrze nakreśleni w filmach całej serii ( dwie poprzednie „fazy” liczą 12 tytułów), że fani serii są realnie związani z poszczególnymi postaciami. Ja naprawdę podczas seansu pierwszego filmu z tzw. „trzeciej fazy” byłem rozdarty.

Uwielbiam bezczelność genialnego Starka, ale jako libertarianinowi bliżej mi do Kapitana Ameryki. Z drugiej strony rozumiem potrzebę powszechnej inwigilacji, by chronić cywili przed terroryzmem. No, ale przecież bezpieczeństwo nie może rzucać cienia na wolność. Zaskakujące, że aż tak ciekawie udało się ten spór wpisać w wysokobudżetowe kino rozrywkowe dla dużych i mniejszych chłopców. Wolność czy bezpieczeńśtwo? A może da się te dwie wartości pogodzić? A co jeżeli nie jest to możliwe? A wy, którą stronę wybieracie?

5/6

„Kapitan Ameryka. Wojna bohaterów”, reż: Bracia Russo, dystr: Warner Bros

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...