"High-Rise". Proletariusze tego bloku łączcie się! RECENZJA

„High-Rise”,  reż. Ben Wheatley,  dystr. m2Films
„High-Rise”, reż. Ben Wheatley, dystr. m2Films

Każdy, kto zetknął się z powieściami J.G. Ballarda, ten wie, w jaki świat wejdzie, oglądając „High-Rise”. To ponury, pesymistyczny obraz rozkładu norm cywilizacyjnych. Ballardowski dystopijny świat jest zalany cuchnącym odorem ludzkiej podłości naznaczonej seksualną perwersją. Najlepiej pokazał go Cronenberg w „Crash”, choć i Spielberg mocował się z autobiografią Ballarda w delikatnym „Imperium Słońca”.

Teraz Brytyjczyk Ben Wheatley przenosi na ekran jego najważniejszą powieść „Wieżowiec”. Powstała ona tuż przed nastaniem konserwatywnej kontrrewolucji Margaret Thatcher, która zmiotła na zawsze socjalistyczną utopię gospodarczą i uratowała Królestwo od ekonomicznego kolapsu. Wheatley stworzył wysmakowany wizualnie obraz upadku ludzkości zmierzającej w otchłań w rytmie SOS w wykonaniu Portishead. Po tym kątem film może się podobać miłośnikom awangardowego kina. Trudniej przełknąć jego polityczno-ideowe przesłanie. Reżyser nie tylko nie unika neomarksistowskiej wymowy dzieła Ballarda, lecz je z pietyzmem pielęgnuje.

Doktor Robert Laing (Tom Hiddleston) wprowadza się do gigantycznego betonowego bloku, który zamieszkują wszystkie społeczne klasy. Nad nimi góruje królestwo architekta budynku Royala (Jeremy Irons). Otoczony sade’owsko perwersyjnymi libertynami, pławiący się w luksusie jegomość obmyśla, jak skonstruować świat doskonały. Na dole drabiny są wielodzietne rodziny z lufcikami w ścianach, przez które ledwo przebija się słońce. To im wyłącza się prąd, by arystokracja i burżuazja z górnych pięter mogły się bawić. I choć wszyscy kąpią się w tym samym basenie, to obowiązuje w nim jasna segregacja klasowa. Laing nie chce należeć do żadnej z grup, choć ochoczo bierze udział w licznych orgiach odbywających się na wszystkich piętrach budynku. Pragnie jedynie spokoju, wyalienowania i związku z piękną sąsiadką Charlotte (Sienna Miller). Pozycja cynicznego obserwatora nie będzie mu dana. Wystarcza mała iskra, by cały betonowy blok stanął w płomieniach i chaosie, a najgorsze ludzkie instynkty eksplodowały.

Surrealistyczno-absurdalny klimat betonowej dżungli przypomina trochę „Brazil” Gilliama. Wheatley jednak ucieka przed czystą satyrą w stronę pesymistycznej przypowieści z przesłaniem kłującym każde czerwone serduszko. Oto na zgliszczach wojny zawsze szlachetnych proletariuszy z zawsze demonicznymi przedstawicielami ancien régime’u wyrasta nowy byt. Bezideowy, zblazowany neoliberał zasłuchany w zamykający film przemówienie Thatcher. Zdrajca mający postępowe hasła na ustach i brudne pieniądze kapitalistów w kieszeniach. Aż dziwne, że twarz Hiddlestona nie zamienia się ostatecznie w Tony’ego Blaira. „High-Rise” jest jednoznaczną krytyką kapitalizmu, monarchii i wszystkiego, co wywołuje spazmy u lewaków całego świata.

Ten film pozwoli im znów krzyknąć: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”. Co prawda połączą się tylko przed kinowym ekranem, gdyż — jak naucza sam Bellard — kawiorowa lewica przeszła na ciemną stronę mocy i zamieszkała w penthousie. Mnie to przesłanie raduje, choć irytująca maniera rodem z wieców partii Razem nie pozwala nie dać, nomen omen, czerwonego kciuka w dół.

„High-Rise”, reż. Ben Wheatley, dystr. m2Films

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...