Kowboje walczą z indiańskimi troglodytami-kanibalami. Głupota? W żadnym razie! Nie dość, że ten skromny, niezależny western jest pełen inteligentnych, groteskowych dialogów, to ma też swój morał. No i oczywiście Kurta Russela na pokładzie.

Podejrzewam, że Quentin Tarantino oglądając zrealizowany za 1,8 miliona dolarów debiut S. Craiga Zahlera rzekł: „Dlaczego do jasnej ku$#%y ja na to nie wpadłem?!”. Porównując „Bone Tomahawk” do jego ostatniego wymęczonego, wtórnego i pozbawionego dawnego błysku westernu „Nienawistna ósemka” dobitnie widać, że Q zasługuje na emeryturę. Znamienne, że zarówno w jego westernie, jak i u Zahlera główną rolę gra, mający w ostatnich latach świetną passę, legendarny Kurt Russel. Co istotne nie jest wcale eklektyczny gatunkowo western Zhlera żadnym „tarantinowskim filmem”, jak zwykło się infantylnie chrzcić zbyt wielką liczbę amoralnych krwawych jatek, które masowo wyrosły w ostatnich 20 latach.

Zahler nakręcił kino świeże i bezczelnie nowatorskie. Łącząc ze sobą horror i western nie poszedł drogą postmodernistycznej gatunkowej żonglerki. On nakręcił spójną stylistycznie i szczegółowo przemyślaną opowieść o przyjaźni, miłości, męstwie. Natomiast górujący (dosłownie i przenośni) nad wszystkim kanibale, przypominają raczej prymitywów z dramatu „Uwolnienie” niż potwory ze slashera „Wzgórza mają oczy”.

Do wyludnionego po sezonie na spędzanie bydła miasteczka Bright Hope przybywa bandyta ( David Arquette), którego kompana ( świetny jak zwykle epizod Sid Haiga) zamordowało tajemnicze plemię Indian. Bandzior zostaje postrzelony przez szeryfa Hunta ( Kurt Russel) i trafia do celi. Pod okiem zastępcy szeryfa opatruje go miejscowa dr. Quinn o imieniu Samantha (Lili Simmons), której mąż kowboj Arthur ( Patrick Wilson) jest przykuty do łóżka przez złamaną piszczel. Bandzior nie wyjawia, że wszedł na terytorium wyklętego przez innych Indian plemienia. Plemienia zdeformowanych, zrodzonych z kazirodztwa troglodytów- kanibali. Wyglądający jak armia Wiecznego Joe z „Mad Maxa” (jakże inni od poprawnie politycznego wizerunku „rdzennych Amerykanów!) Indianie porywają całą trójkę. Ich śladem rusza utykający Artur, zdeterminowany szeryf, jego zastępca Chicory ( kradnący film wzruszający Richard Jenkins) i rewolwerowiec Brooder ( Matthew Fox).

Nie jest to jednak czwórka czysto zacnych, bohaterskich kowbojów z filmów z Johnem Waynem. Nie są to też jednowymiarowo wredne sukinsyny z dolarowej trylogii Leone. Szeryf Hunt wyjątkowo mocno lubuje się w strzelaniu ludziom w nogi, Chicory to zdemenciały dziadek wciąż paplający o zmarłej żonie, zaś Brooder nawet na brutalnym Dzikim Zachodzi szokuje swoim rasizmem i pragnieniem zabijania Indian. Jedynym sprawiedliwym jest głęboko wierzący w Boga i miłujący ponad wszystko żonę Arthur, który jednak przez złamaną nogę spowalnia towarzyszy.

Ich podróż nie jest romantyczną kowbojską eskapadą wśród gór, pustyni i bezbrzeżnych prerii. To naznaczona odorem śmierci podróż przez Krainę Ciemności, przypominająca ostatnią drogę Williama Blake’a z jarmuschowskiego „Truposza”. Zahler powoli buduje duszny dramat rozegrany na cztery świetnie napisane postacie. Gdy psychologiczna temperatura podnosi się zbyt wysoko, schładza ją groteskowo-ironicznymi dialogami. Na całą akcją unosi się poczucie grozy. Śmierć bywa tu absurdalna jak u Coenów, ale ostatecznie przeradza się w krwawą jatkę rodem z najlepszych slasherów.

W przeciwieństwie do zdemoralizowanego świata nihilisty Tarantino, jest tutaj jednak dobro depczące ostatecznie potworowi łeb. Znane z „Mgły” Carpentera poczucie rezygnacji i beznadziei w oczach Russela zostaje przerwane przez prawdziwe, bo zanurzone w wierze, męstwo z pozoru najsłabszego z czwórki kowbojów. A więc jednak klasyczne przesłanie kina o Dzikim Zachodzie nie umarło! Właśnie to konserwatywne nawiązanie do spuścizny klasycznych westernów Johna Forda wybija „Bone Tomahawk” ponad postmodernistyczne kino Tarantino.

5/6

„Bone Tomahawk”, reż: S. Craig Zahler, dystr: Wistech Media