Inowrocław stolicą młodzieżowego teatru. Wrażenia z festiwalu Arlekinada

fot: Piotr Zaremba
fot: Piotr Zaremba

Wracam prosto z festiwalu teatrów szkolnych i młodzieżowych Arlekinada w Inowrocławiu. Niezwykłe doświadczenie. Na sam koniec na skutek zbiegu okoliczności przyszło mi przez chwilę przemówić do jednego z zespołów rozmawiających z jurorami.

Powiedziałem: „Może to herezja, ale między najlepszymi zespołami teatru amatorskiego i najsłabszymi zawodowcami przepaść jest już niewielka”. A teraz dodam: przepaść w umiejętnościach ściśle technicznych. Bo pasją ci młodzi ludzie biją wielu tzw profesjonalistów na głowę. Zaświadczam jako obserwator życia teatralnego.

Jak zwykle trzeba zacząć od podziękowań kolejnej charyzmatycznej organizatorce tego życia. Elżbieta Piniewska to nie tylko polonistka z LO im. Kasprowicza w Inowrocławiu, którą przyszło mi tu już chwalić za stworzenie własnego Inowrocławskiego teatru Otwartego. To także od 14 lat gospodyni festiwalu Arlekinada. Ambitnego, z wysoką poprzeczką, bo spośród ponad 20 teatrów zakwalifikowano 8.

Zafundowała im prestiżowe jury: aktorka Emilia Krakowska, reżyser Tomasz Wasilewski (absolwent Kasprowicza i teatralny wychowanek prof. Piniewskiej), krytyk, co prawda filmowy, ale znany Łukasz Maciejewski oraz pisarz Jerzy Rochowiak. Co by nie powiedzieć, musi to robić na młodych ludziach wrażenie.

Ja z kolei obserwowałem występ po występie. I podtrzymuję: niezależnie od tego jak oceniać poszczególne spektakle co do koncepcji i treści, poziom czysto technicznego warsztatu był wysoki. Kolejny dowód na to, że ten świat, osobny, mało znany, chociaż tak rozgałęziony po wszystkich zakątkach kraju ma się całkiem dobrze.

Niemal wszystkie przedstawienia grane były swobodnie, sugestywnie, bez owej pełnej tremy sztuczności, jaka cechuje młodzież w najzacniejszych intencjach deklamującej po akademiach.

Ale już co do ocen, hierarchii różnię się z jury. Mnie najbardziej zachwyciły dwa spektakle.

Na „Łysej śpiewaczce” Ionesco śmiałem się na głos. To znakomity żart mistrza teatru absurdu, skądinąd z głębszym podtekstem, bo tropiący absurdy języka i konwersacji. Ważny był tekst, ale gdyby młodzież z Teatru Cokolwiek z ośrodka kultury z Kędzierzyna-Koźla nie grała z tak świetnym wyczuciem groteski, rozbawienie szybko by mnie opuściło.

Z kolei ostatnia grupa – Teatr Trupa z Lubartowa, pokazała „Zimowy pogrzeb” współczesnego dramaturga izraelskiego Hanocha Levina, którego „Kruma” wystawiał kilka lat temu w głośniej inscenizacji Krzysztof Warlikowski. Żywe tempo, wyrównany poziom dosłownie perfekcyjnej gry i niepowtarzalna atmosfera śmiechu przez łzy lub gorzkiej, bardzo gorzkiej wesołości.

To nie jest teatr stricte realistyczny, raczej przypowieść pełna skrótów i przerysowań, ale przecież najbliższa życiu spośród tych przedstawień. Chapeaux bas. To po ich przedstawieniu powiedziałem, jak mały dystans dzieli amatorów od zawodowców. Nieprzypadkowo to jeden z nich, Jan Filip, dostał główną nagrodę aktorską.

W sympatii do obu teatrów utwierdziły mnie ciekawe rozmowy, jakie odbyłem z ich opiekunami: długą z panem Waldemarem Lankaufem i krótszą z panią Jolantą Tomasiewicz. I od razu zza rysowanych przeze mnie do tej pory postaci ofiarnych polonistów wyłonił się typ nowy: charyzmatycznych instruktorów kultury. Zwłaszcza pan Lankauf, prowadzący równocześnie kilkanaście zespołów teatralnych w kilku miejscowościach, objeżdżający je rowerem, wzbudził mój podziw. Jego sześcioro podopiecznych nazwało go zgodnie „człowiekiem orkiestrą”.

Wygrał inny zespół: Avis z Nowej Soli. Od początku wzbudzili moje zaciekawienie, kiedy ubolewali nad niewłaściwą wysokością sceny inowrocławskiego teatru. Chcieli być bliżej widowni. Ten typ teatru, opartego bardziej na kompozycjach plastycznych, po części właściwie choreograficznych, mniej mnie zachwyca. Wolę większą rolę słowa.

Muszę zarazem przyznać, że kiedy kilkunastolatkowie opowiadają mi z żarem w oczach, że chcą opowiadać widzom o lękach współczesnego świata, bardziej im wierzę niż zmanierowanym twórcom zawodowym. Dawali z siebie wszystko, byli zaskakująco sprawni i profesjonalni, na dokładkę występowali do własnej muzyki. Odbyłem ciekawą rozmowę z ich reżyserką Alicją Chyżak-Fitas, nota bene polonistką z miejscowego liceum.

Mimo wszystko wolę jednak teatr bardziej literacki. Ale jury było innego zdania, chociaż np. 76-letnia Emilia Krakowska z bardziej progresywnymi formami teatralnymi nie miała nic wspólnego. Drugie miejsce zajął Teatr Doraźny z Ostrowca Świętokrzyskiego – prezentujący widowisko „Bezludna ballada” z niewielką liczbą słów, za to z sugestywną muzyką i animacją kleconych naprędce papierowych kukieł. Z kolei trzeci był Teatr Agrafka z Chełmna z nieco tajemniczą bajką nie bajką dziejącą się w… łóżku - „Kaszalot”.

Teatr z Lubartowa dostał jedynie wyróżnienie, razem z pantomimą „Dzieło” wystawioną przez Teatr Pod Kolumnami we Wrocławiu. „Łysa śpiewaczka” nie dostała nic, co mi się nie podoba, zwłaszcza, że z oklasków można było czytać inne wrażenia publiczności.

Żeby było jasne: „Bezludna ballada” była w swoim gatunku prześliczna, „Kaszalot” bardzo energetycznie grany. Także pantomimie trudno było coś zarzucić – urodziwa, elegancka. Mam jednak wrażenie mniej lub bardziej świadomego preferowania różnych nisz. Trochę to odzwierciedla sytuację w całym teatrze.

Żeby było jasne, chociaż ubolewam nad zupełną nieobecnością na tym festiwalu klasyki, niemal wszystkie te przedstawienia wydały mi się dziełami ludzi delikatnych, wrażliwych. To ich istotny plus. Nie ma tu żadnego manipulowania cudzymi tekstami, tak charakterystycznego dla dzisiejszego teatru „dorosłego”. Jest za to dużo, bardzo dużo własnej wyobraźni.

Ale też ta kolejność wiele mówi o guście elit, nawet gdy do konkurencji staje sama tylko nowoczesność. Oddzielnie przedstawienia oceniały dwa jury młodzieżowe. Ale nie znam ich wyników – musiałem wracać do Warszawy przed galą.

Na koniec smutna uwaga. Choć władze Inowrocławia robią dobrą robotę organizując i finansując festiwal, uderza niemal całkowity brak niezorganizowanej publiczności. Trochę oficjeli, którzy wyszli ;po pierwszym spektaklu. Trochę młodzieży z liceum Kasprowicza. I tylko kilka osób „z ulicy”. Plus drużyny oglądające siebie nawzajem. To skądinąd ciekawa, uważna publiczność.

Dlaczego tak się dzieje? Czy to niewiara, że młodzież pokaże coś nowego, a może lepszego niż to co oferuje choćby telewizja? Jeśli tak, jest to błąd.

Zarazem trudno się nie cieszyć, że takie prężne teatry wydały z siebie: 22-tysięczny Lubartów na Lubelszczyźnie, 58-tysięczny Kędzierzyn na Opolszczyźnie czy 40-tysięczna Nowa Sól w województwie lubuskim. Może przynajmniej tam publika, także młodzieżowa, chłonie własną „produkcję” teatralną?

Na zdjęciu: Scena z „Łysej śpiewaczki” Ionesco w reżyserii Waldemara Lankaufa, Teatr Cokolwiek z Kędzierzyna-Koźla, od lewej: Magdalena Malajka (Służąca), Maciej Zydel (pan Smith), Aleksandra Topór (pani Smith), Tomasz Truty (pan Martin), Sabina Faikus (pani Martin), Natalia Kordek (Strażak)

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...