Długo przed Fiszem czy l.u.c. odczarowali polski hip‑hop dla publiczności gustującej w innych gatunkach. teraz są tu znowu. Na szczęście w formie.

Pierwszą, pionierską płytą zrobili mnóstwo zamieszania. Nie chcieli nazywać jej hiphopową i mieli w tym sporo racji, bo przesadna ekspresja w wokalach, przywołanie ducha romantyzmu w treściach i psychodeliczne brzmienie nie przystawały do kształtującej się wówczas, z rzadka eksperymentującej, sceny. Drugi krążek przyniósł zwrot o 180 stopni, co nie przeszkodziło, a wręcz pomogło, bo lżej strawne, bujające, mięsiste kompozycje poszły w parze z olbrzymią dawką finezji w zabawie słowem oraz błyskotliwą abstrakcją. Trzecia, pod względem kreatywności nieco rozczarowująca, wciąż jednak bardzo dobra płyta ugruntowała pozycję, stając się zwiastunem solowej kariery złotoustego Abradaba. I ta rzeczywiście nadeszła, prowadząc do pięciu płyt podpisanych przez młodszego z braci Martenów. Ten starszy, Joka, nie zdobył się na razie na własny longplay, ale za to po różnych życiowych perypetiach przypominał o sobie zwrotkami nagrywanymi gościnnie dla innych artystów.

Niemal każda z nich była wydarzeniem. Sami twórcy przyznają, że wieść o powrocie formacji Kaliber 44 była falstartem. I kiedy mało kto już w niego wierzył, zakładając często ogrywany scenariusz reaktywacji na potrzeby podreperowania budżetu koncertami, uderzył najeżony autocytatami singiel. A po nim, niemal 20 lat po debiucie, pojawiła się czwarta pozycja w dyskografii. I nie zawodzi. Kluczem do sukcesu jest jedyna w swoim rodzaju konfrontacja stylów. Dab pieści się ze słowem, posługując się nim erudycyjnie, ale bezpretensjonalnie. Tu powie wiersz, tam przewrotną bajkę, gdzie indziej z absolutną płynnością rzuci się w wir wdzięcznych retrospekcji albo imponujących przechwałek. Joka kontruje tę krągłą, miękko wyartykułowaną frazę wejściami ostrymi, czasem wciąż jeszcze kostropatymi, za to plastycznymi i kipiącymi charyzmą. Istny „spacer po linie nad blokowiskiem” zdolny przekonać, że „surowe nie szkodzi”.

Produkcja hołduje klasycz nemu hip-hopowi z lat 90., łącząc tęsknotę z bezczelnością, eteryczność z mocą, nie stroniąc jednak od aranżacji bardziej „muzycznych” (znakomite syntezatory). Prezentuje się to autentycznie, trochę wręcz etosowo, panowie mają słyszalną frajdę z podejmowania własnej spuścizny, nie jest przy tym hermetycznie. „Razowy” to wzór niebanalnego przeboju, „Fresh” słusznie chełpi się tym, że jest ze starej szkoły, a zarazem świeży, „Historia” zaś jest tak sympatyczna i melodyjna, że roześmieje się największy ponurak. Zresztą słabych numerów nie ma. Starzejący się hiphopowcy często dają powody do mało wybrednych żartów, bo trudno o coś bardziej groteskowego niż 40-letni 16-latek. Trzeba jednak przyznać, że powroty legend udają się na tej scenie jak na mało której. Wrócić umiały i Molesta, i Warszafski Deszcz. Może Grammatikowi poszło nieco gorzej, ale Kaliber 44 nie ma się absolutnie czego wstydzić. Prosimy o jeszcze, zwłaszcza że kolejna produkcja zapowiadana jest jako znacznie bardziej śmiała.

Marcin Flint

Kaliber 44, „Ułamek tarcia” wyd. Mysti

Tekst pochodzi z jutrzejszego numeru tygodnika wSieci.Nowy numer największego konserwatywnego tygodnika opinii w Polsce - „wSieci” w sprzedaży od 8 lutego br., także w formie e-wydania. Szczegóły na http://www.wsieci.pl/e-wydanie.html.