Ten film dowodzi jak złożoną postać stworzył na przełomie 40 lat Sylvester Stallone. Mam nadzieję, że za piękną rolę chorującego na raka „Włoskiego ogiera” dostanie Oscara. „Creed” należy też do Michaela B. Jordana w roli syna Apollo, który tworzy jedną z najciekawszych postaci sportowca w kinie.

W końcu doczekałem się czasów, gdy krytycy pieją z zachwytu nad umiejętnościami aktorskimi Sylvestra Stallone. Zawsze wkurzało mnie szyderstwo z aktorstwa Sly’a, który stworzył przecież w ostatniej scenie „Pierwszej krwi”, „Cop Land” czy „Ucieczce do zwycięstwa” solidne dramatyczne role. Niemniej jednak do historii kina Stallone przejdzie rolą Rockiego Balboa, która przyniosła mu dwie nominacje do Oscara ( scenariusz i rola pierwszoplanowa) w 1976 roku. Po 40 latach Stallone po raz ostatni wciela się w chłopaka z nizin społecznych Filadelfii, będącego symbolem „amerykańskiego snu”.

Nie wszystkie części sagi o Rockym były równie dobre. A jednak w każdym z filmów Stallone precyzyjnie rozwijał postać filadelfijskiego boksera, w którego losie odbijały się problemy Ameryki. Od intymnego obrazu biednego chłopaka przebijającego się na szczyt, przez zadufanego celebrytę, popadającego w alkoholizm bankruta, aż po pragnącego pokonać wewnętrzną bestię podstarzałego wojownika. Stallone naznaczał Balboę kolejnymi rysami- piętnem wyrzutów sumienia ( konflikt z synem Robertem), bólem po stracie bliskich ( przyjaciel Apollo, żona Adrian), pozwalając przez cztery dekady śledzić kinomanom kolejne przełomowe etapy jego życia. Wszystko to stworzyło krwistą i daleką od pomnikowości postać kina, której epilog dopisał błyskotliwie zaledwie 29 letni (sic!) Ryan Coogler. „Jesteś przyszłością, ja przeszłością”- powiedział do Cooglera odbierający nagrodę za rolę Stallone. To tylko pokazuje ile ten film znaczy dla obu filmowców.

Adonis Johnson ( Michael B. Jordana) jest nieślubnym synem legendarnego Apollo Creeda, który na oczach swojego przyjaciela i konkurenta Rockiego umarł na ringu w walce z Ivanem Drago (1987). Adonis nigdy nie poznał swojego ojca. Po śmierci matki wychowywał się w domach dziecka i poprawczaku, skąd zabrała go niepodziewanie żona Apollo. Wykształcony i wychowany przez przybraną matkę w kalifornijskiej willi, chłopak czuje w sobie bokserski zew krwi. Odziedziczony po ojcu instynkt wojownika pcha go w objęcia pragnącego oddalić się jak najdalej od boksu Rockiego Balboa.

„Włoski ogier” nadal prowadzi w Filadelfii małą włoską knajpkę, nazwaną na cześć zmarłej przed laty żony. Teraz nie ma przy sobie nawet zmarłego mizantropicznego Pauliego i syna Roberta, który uciekł aż do Kanady przed cieniem legendy ojca. W nieodłącznym meloniku Rocky prowadzi spokojny i skromny żywot ex championa. Do czasu aż spotyka na drodze syna swojego kompana. To jednak nie walka o tytuł mistrza świata Creeda Jr, mającego w narożniku Balboę jest najważniejszym aspektem tej historii.

Obie postacie prowadzą znacznie głębszą batalię. To walka z samym sobą. 12 rundowy, brutalny pojedynek ze swoimi słabościami, lękami i frustracjami. Nie udaje się długo Adonisowi ukryć przed światem swojego pochodzenia. Musi więc zmierzyć się z legendą ojca, a jednocześnie zbudować własny mit, inaczej nigdy nie wyrwie się z cienia legendarnego Apolla.. Wyciągnięty z nudnawej egzystencji restauratora Balboa dowiaduje się, że cierpi na raka. Pamięta jak potworna była przegrana walka jego ukochanej żony, co odrzuca go od przyjmowania chemioterapii. Czy uda mu się pokonać najgroźniejszego rywala? Rywala, który pożera go od środka?

Historia obu pogruchotanych wewnętrznie mężczyzn jest przejmująco dojrzała. Ich intymna relacja podbudowana jest cierpieniem, pretensjami i gniewem. To przecież Balboa nie rzucił w miarę szybko ręcznika na deski, co mogło uchronić Apolla przed śmiertelnym ciosem „komunistycznej maszyny”. Jak wyglądałoby życie Adonisa, gdyby miał szansę poznać ojca? Młody reżyser i scenarzysta idealnie równoważy melodramat ( związek Adonisa z głuchnącą piosenkarką) z filmem sportowym ( znakomicie nakręcone sceny walk) i podbudowuje wszystko subtelną symboliką, którą widać choćby w scenie ataku choroby, powalającej Rockiego…na deskach ringu. Nie przez przypadek zdjęcia do filmu zrealizowała Maryse Alberti. Ta sama Francuzka zjawiskowo sfotografowała przecież odchodzącego w cień byłego sportowego idola w „Zapaśniku”, gdzie wybitną rolę stworzył Mickey Rourke.

Stallone zawsze był dobry w roli Rockiego. Teraz jest doskonały. Kręcona jednym długim ujęciem scena, w której Rocky dowiaduje się o śmiertelnej chorobie to osiągnięcie aktorskich wyżyn. Ojcowska czułość i przypisana nieokrzesanym macho uliczna surowość, zwątpienie, odkupienie win i pogodzenie się z własnym przeznaczeniem- to wszystko wybrzmiewa dzięki zniuansowanej kreacji Sylvestra Stallone. Kończy od przygodę z Balboą w sposób spektakularny. Bardzo rzadko wzruszam się na filmach. Tym razem jednak naprawdę zaszkliły mi się oczy. Wielkie kino.

6/6

„Creed”, reż: Ryan Coogler, dystr: Forum Film Poland