Nie przez przypadek film ten dostał na festiwalu filmowym w Gdyni nagrodę dziennikarzy oraz publiczności. W końcu doczekaliśmy się bezpretensjonalnego, niewyrachowanego i szczerze słodko-gorzkiego obrazu o chorobie i umieraniu.

Kinga Dębska nakręciła rzecz w duchu Alexandra Payne’a albo Jamesa L. Brooksa, którzy potrafią inteligentnie rozbawić do łez, opowiadając najbardziej dramatyczne historie. Zeszły rok obfitował w rodzime filmy o śmiertelnej chorobie. „Moje córki krowy” bije oczywiście na głowę pokraczną „Chemię”, lecz również wypełnia wszystkie braki produkcji „Życie jest piękne”. Ba, film Kingi Dębskiej może spokojnie konkurować z ostatnią falą rakowego kina z Hollywood. O czymś świadczy szybkie znalezienie przez twórców amerykańskiego dystrybutora. Skąd sukces polskiej komedii?

W „Moich córkach krowach” nie ma ani krzty szantażu emocjonalnego. To pełna ironii i sarkazmu, doskonale zagrana historia umierania, ale też opowieść o trudnej i szorstkiej siostrzanej miłości, ojcostwie i dojrzewaniu do przyjęcia świadomości zbliżającego się kresu życia. Marta (Agata Kulesza) odniosła sukces w życiu, jest znaną aktorką, gwiazdą popularnych seriali. Zupełnie inaczej wiedzie jej się w pogruchotanym życiu osobistym. Samotnie wychowuje córkę (Maria Dębska) i nie może dojść do porozumienia z będącą jej całkowitym przeciwieństwem starszą siostrą Kasią (Gabriela Muskała). Egzaltowana i sfrustrowana Katarzyna jest nauczycielką mającą na dodatek na utrzymaniu bezczelnie leniwego męża (Marcin Dorociński). Nagła choroba ich matki (Małgorzata Niemirska) zmusza siostry do wspólnego działania. Co więcej, muszą one się zaopiekować ukochanym, jednak despotycznym ojcem (Marian Dziędziel), który również trafia na szpitalne łóżko obok żony.

W tym filmie w zasadzie wszystko gra: od przemyślanego i inteligentnego scenariusza, przez precyzyjną reżyserię, aż po zdjęcia i muzykę. Największą siłą tej fenomenalnej tragikomedii jest aktorstwo. Każda z postaci jest doskonale napisana. Kulesza brawurowo, w wielu odcieniach gra połamaną życiowo aktorkę, która maskuje życiowe porażki statusem celebrytki. Muskała jako jej „gorsza” siostra jest na tyle neurotyczna i infantylna, że pasowałaby do filmów Woody’ego Allena. Dziędziel tworzy rolę porównywalną z kreacjami Jacka Nicholsona u Brooksa, Dorociński zaś w epizodzie przygłupiego losera dowodzi tak wielkiej wszechstronności, że pewnie przykułby też uwagę, grając drzewo albo krzesło. Dębska znalazła doskonały środek między śmiechem a łzami, co pozwoliło uwypuklić sporo życiowej mądrości bez popadania w ckliwość i infantylizm. A przecież to słodko-gorzki film o umieraniu, trupach w szafie i zawiedzionych marzeniach.

„Moje córki krowy” jest po prostu polskim odpowiednikiem „Czułych słówek” czy „Spadkobierców”. Tak inteligentnej, przewrotnej i wzruszającej polskiej komedii nie miałem jeszcze okazji oglądać. To nowa jakość w polskim kinie. Oby wyznaczyła nowy gatunkowy schemat, który ostatecznie wbije osinowy kołek w głupawe komedie o kacach na wyjazdach integracyjnych.

5/6

„Moje córki krowy”, reż. Kinga Dębska, dystr. Kino Świat

Tekst pochodzi z tygodnika wSieci