„Big short”. Błyskotliwy, słodko-gorzki cios w banksterów z Wall Street. RECENZJA

Od zawsze filmowcy bardzo chętnie uderzali z lewicowych pozycji w amerykański system gospodarczy. To przecież w apogeum Reaganowskiej rewolucji lat 80-tych Oliver Stone stworzył diabolicznego Gordona Gekko z karykaturalnym bom motem „chciwość jest dobra”. A jednak to Gekko a nie pozytywni bohaterowie filmu stał się dla młodych maklerów i biznesmenów wzorem do naśladowania. Cóż, po premierze „Ojca chrzestnego” prawdziwi gangsterzy zaczęli naśladować Don Vito Corleone…

W większości przypadków można traktować lewicowy skręt hollywoodzkich gwiazd, które przecież swoje absurdalnych rozmiarów bogactwo zawdzięczają kapitalizmowi, jako rodzaj podszytego skrajnym zblazowaniem fetyszu. W przypadku obnażania globalnego oszustwa międzynarodowych banksterów, lewica zdaje się mieć rację. „Za wielcy by upaść” (2011), „Chciwość” (2011) i w końcu genialny „Wilk z Wall Street” ( 2013) Scorsese- wszystkie te filmy uzmysławiały potworną mentalność finansowych bonzów w rękach których, o zgrozo!, spoczywa los świata. Filmy te demaskują nie tylko mechanizmy działania Wall Street, ale wchodzą też w psychikę odpowiedzialnych za kryzys banksterów.

Nie inaczej jest w przypadku opartego na faktach „Big short”. Adam McKay ciekawie i nietuzinkowo opowiedział o kulisach kryzysu z 2008 roku, który rozpoczął się od tanich hipotecznych kredytów i wysokiego ryzyka obligacji. Samo to jest nie lada sztuką. A przecież do dziś nie zobaczyliśmy pełnej zawiłości sieci oplatającej gigantyczną piramidę finansową, która ostatecznie doprowadzi zapewne do upadku międzynarodowego pseudokapitalizmu. Inteligentny, zabawny i zarazem przerażający film McKaya punktowo uderza w zbudowany na karykaturalnej wersji kapitalizmu system.

Lekki w formie, błyskotliwy „Big short” jest filmem bardzo ważnym i potrzebnym. Nie tylko z powodu wszechobecnej propagandy, która zaciemnia obraz skali przekrętu i płynie w nasze uszy strumieniem większym niż ego Ryszarda Petru. Ten film rzeczywiście objaśnia mechanizmy kradzieży, jaką światu zaaplikowali managerowie wielkich banków. McKay opowiada o kilku finansistach, którzy przewidzieli upadek „nieśmiertelnego” Lehman Brothers. Obserwując wchłaniającą amerykańską gospodarkę otchłań mogli szczerze rzec: „a nie mówiłem!” Są w tym wiarygodni, dzięki kapitalnym rolom takich gwiazd jak Ryan Gosling, Steve Carell ( kolejna po „Foxcatcher” dramatyczna rola tego komika), Brad Pitt czy Christian Bale. Ich role nie wybrzmiałby tak mocno, gdyby nie pomysłowy scenariusz, wpisujący się w narracyjne koncepty Scorsese. Bohaterowie co chwile łopatologicznie tłumaczą wprost o kamery bankierską nowomowę, która usypia zawsze w czasie kryzysów czujność nas wszystkich. Ba, na ekranie pojawiają się celebryci jak Anthony Bourdain czy Selema Gomez, na chłopski rozum wyjaśniający istotę spekulacyjnej bańki, którą do dziś czujemy we własnych kieszeniach. Zabieg ten jest tak prosty, że aż trąci bezczelnością. Lekkość i błysk scenariusza McKaya i Charlesa Randolpha bronią go w 100 proc.

Jasne, że „Big Short” jest naznaczony pazurem lewaka Michela Moore’a, choć główne postacie filmu McCaya nie są krystalicznie czyści jak wrogowie kapitalizmu u tego dokumentalisty. Jednym z bohaterów jest przecież dr. Michael Burry, który tajemniczo dostrzegł finansową apokalipsę i wykupując tzw. swapy kredytowe powiększył ostatecznie majątek swojej firmy o miliard dolarów. Ba, każda z postaci alarmująca o nadchodzącym krachu, skorzystała na nim właśnie dzięki wykiwaniu patologicznego systemu. Ocena ich postaw nie tylko nie jest niejednoznaczna, ale uwypukla ich paskudny cynizm. Może jednak w takim świecie nie ma miejsca dla porządnych ludzi?

Niemniej jednak twórcy filmu przeciwstawiają cynicznym, chciwym i zawsze spadającym na cztery łapy bankierom, wyrzucanych na bruk zwykłych Amerykanów. Wytłuszczają przy tym, że to z ich podatków uratowano w gorszący sposób „bailoutem” zasługujących na więzienie przekrętasów z Wall Street. Twórcy zapominają przy tym, że nawet w zdegenerowanej cywilizacji jak nasza, wciąż obowiązuje zasada mówiąca, że „chcącemu nie dzieje się krzywda”. Odrobina rozsądku mogłaby uratować, tych którzy kupowali na kredyt po kilka domów i mieszkań, wiedząc, że ich na to nie stać. Z drugiej jednak strony w Polsce również co rusz słyszymy, że to frankowicze są winni swoich problemów, a nie ci, którzy namawiali ich na kredyt w tej rzekomo ultra-bezpiecznej walucie.**

Mimo komediowego ujęcia ostateczne przesłanie „Big Short” wesołe nie jest. Oto z końcowych plansz dowiadujemy się, że uratowani przez rząd USA bankierzy na nowo opakowali swoje toksyczne kredyty i sprzedają je prostemu ludowi. Zaskakujące? Skądże znowu! W Polsce słynni banksterzy, którzy powinni w czasie kryzysu zostać przez lud odesłani tam gdzie postkomuniści zimują, stali się w mgnieniu oka liderami opozycji. Cóż, jaki kraj taki bailout. Tym bardziej inteligentną komedię opartą na książce autora „Moneyball” zobaczyć trzeba. Nie spodoba się ona jednak Ryszardowi Petru. Może to już zamach na demokracje?

5/6

„Big short”, reż: Adam McKay, dystr: UIP

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...