KOSMOS. „Dziś na obiad była potrawka z kury”. Żuławski znów szokuje. RECENZJA

materiały prasowe
materiały prasowe

Ja też nie zrozumiałem i dlatego zrobiłem film”- mówił w jednym z wywiadów o książce Gombrowicza Andrzej Żuławski. Gdy Jerzy Skolimowski i Jan Jakub Kolski wyłożyli się na ekranizacji Gombrowicza, uznano, że robienie filmów opartych na jego prozie jest niemożliwe. Cóż, autor „Diabła” i „Szamanki” bezczelnie obalił ten mit. Powracający po 14 latach enfant terrible polskiego kina zrobił jeden z najlepszych filmów w karierze. „Kosmos” to jego powrót do wielkości.

Gombrowicz w ujęciu Żuławskiego musi szokować, drażnić i trafiać do nielicznych. Czego innego można się spodziewać po mieszance światów dwóch tak niezwykłych artystów? Możliwe, że to właśnie nadekspresyjne, histeryczne, przerysowane kino Żuławskiego jest jedynym kluczem do filmowego ujęcia „kosmosu” tego pisarza. Nie tyle zrozumienia, ile po prostu filmowego ugryzienia. Na premierowym pokazie festiwalu Camerimage znalazła się grupa licealistów. Ich twarze po seansie mówiły wszystko. Zdezorientowanie, szok i niedowierzanie. Wychowani na popularnym kinie doświadczyli czegoś absolutnie nowego. Ten film to intelektualny wytrysk Żuławskiego. Jest w nim cała pokręcona dusza wybitnego polskiego filmowca.

Reżyser przeniósł akcję z przedwojennego Zakopanego do współczesnej Portugalii, co było znakomitym pomysłem. Okazało się bowiem, że Gombrowicz wystukiwany na najnowocześniejszym laptopie nie ustępuje temu z maszyny do pisania. Do malowniczo położonego pensjonatu przyjeżdża dwóch przyjaciół. Witold ( znakomity, grający na nucie młodego Vincenta Cassela, Jonatan Genet) i Fuchs (Johan Libereau). Witold to niespełniony pisarz, próbujący stworzyć nowe dzieło. Dodajmy, że dzieło pisane na bieżąco wraz z rozwojem akcji. A tej, jak przystało na Gombrowiczowskie szaleństwo, streścić się nie da. Temu światu można się wyłącznie dać porwać. Płynąć na jego fali, pozwalając się poniewierać zuchwałemu wizjonerstwu Żuławskiego.

„Kosmos” łączy się w pewnym stopniu z tegorocznymi „11 minutami” innego przedstawiciela polskiej „Nowej Fali” Jerzego Skolimowskiego. Oba filmy to traktaty o znakach, których nie rozumiemy, albo nie dostrzegamy. Czy to wyznanie dwóch ponad 70-letnich buntowników? Przybywający do pensjonatu Witold odnajduje powieszonego na drucie gołębia. To tylko pierwszy znak, który rozpocznie destrukcje i jednocześnie konsolidacje życiowej układanki. Rozłożona jest ona na kilka typowych dla histerycznego świata Żuławskiego postaci, budujących i burzących mikrokosmos podczas kulinarnych biesiad.

Leon Wojtys ( fenomenalny Jean-Francois Balmer) to nie mogący znaleźć się wśród „maluczkich” intelektualista-kabotyn. Jest symbolem pesymizmu i nihilizmu, wykrzykującym, że nic nie ma sensu. Jego rozdygotana emocjonalnie i psychicznie żona ( Sabine Azema) próbuje spiąć rodzinę do kupy. Do czasu aż traci swojego ukochanego kota powieszonego, niczym gołąb z początkowej sceny. Kto w domu zabija wszystkie zwierzęta? Witold niczym bohater „Teorematu” Pasoliniego chciałby odmienić dom, do którego trafił. Zakochuje się w zmysłowej Lenie (Victória Guerra). Pragnie by fruwała jak postać od Pasoliniego. Zamiast miłości zastaje jednak coś innego. „Miłość jednoczy się tutaj przez śmierć”- mówi reżyser życiowego spektaklu.

Ważną postacią tego świata jest pokojówka ze zdeformowanymi ustami ( Clementine Pons). To jednak ona zdaje się jako jedyna mieć duszę niezdeformowaną. Tylko dzięki niej można mówić, że nihilizm ostatecznie w tym świecie nie triumfuje. Choć przecież kryminalny wątek u Gombrowicza zostaje zastąpiony rozbrajającym cytatem: „Dziś na obiad była potrawka z kury”. Żuławski zdaje się nam mówić, że nic innego nie ma znaczenia. Absurdalna intryga „Kosmosu” nie pasuje nawet do tezy o nieporządku rządzącym światem. Wyskakujący jak Deus ex machina katolicki ksiądz zostaje sprowadzony do karykatury snującej się w mglistym lesie. Jego wynurzenia są warte tyle i ile ser camembert pływający we francuskiej musztardzie, którym ksiądz się objada.

Smutny nihilista Żuławski pokazuje, że poza drobnymi przyjemnościami nic nie pozostaje. Odrażająca to wizja, ale dobrze charakteryzująca starego hedonistę. A miłość? Koniec filmu jest pokazana dwutorowo. Los Witolda z Leną u boku, nie różni się od samotnej wędrówki. Żuławski nie bawi się jednak w filozofa. Na napisach końcowych widzimy sceny z planu, która uświadamiają nam, że oglądaliśmy nie prawdziwe życie a zwykły film. A może Żuławski kieruje symbolicznie kamerę na siebie, mówiąc nam, że to autobiograficzne dzieło? Liczne są tu odniesienia do ikonografii popkultury na czele ze Spielbergiem, Bressonem ( jeden z bohaterów pyta czy chodzi o Luke’a!) i Jamesem Deanem. Ba, Witold cytuje tutaj nie raz samego Gombrowicza! Czy to jest klucz do zrozumienia „Kosmosu”? Możliwe, ale przecież nie możemy zapominać, że „Dziś na obiad była potrawka z kury”.

5/6

„Kosmos”, reż: Andrzej Żuławski. Film miał premierę na festiwalu Camerimage. Nie wiadomo kiedy wejdzie do polskich kin. 

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...