Kariera literacka Szczepana Twardocha pędzi z prędkością Mercedesa, co jednych przyprawia o podziw, drugich o zazdrość. Po dziesięciu książkach autor postanowił przybliżyć szerszemu gronu czytelników dziennik pisany w latach 2007-2015, dobrze pokazujący drogę, jaką od tego czasu przebył pisarz. W trakcie lektury ogarniają nas jednak wątpliwości – czy autor dojrzał i nabrał mądrości czy wręcz przeciwnie, zdryfował i niepokojąco się pogubił. Czy aby nie posunął się za daleko, odrzucając kolejne maski i ponoć fałszujące rzeczywistość „światopoglądy” i konceptualizacje.

Dawno, dawno temu Szczepan Twardoch był młodym, dobrze zapowiadającym się autorem z głową pełną między innymi Chateaubrianda i Tocqueville’a. Intelektualnie przewyższał o głowę większość „prawicowców” i „fantastów”, a udawało mu się należeć do obu tych grup, nie stojąc zarazem w nadmiernym rozkroku. Oczytany w twórczości w Sándora Máraiego i Ernsta Jüngera napisał takie książki jak „Epifania wikarego Trzaski” czy „Przemienienie”, po lekturze których zastanawiałem się, czy bliżej autorowi do Georgesa Bernanosa czy Vladimira Volkoffa. Na blogu smucił się „upadkiem” Cezarego Michalskiego (był kiedyś taki, o dziwo konserwatywny, pisarz i publicysta) i z pogardą pisał o nagrodzonej Nike Oldze Tokarczuk. Ten rozdział biografii został w dziennikach pominięty – dziś się z jurorami Nike nie wypada kłócić. Wtedy też o Szczepanie Twardochu mało kto słyszał poza owymi „gettami”.

O owych mrocznych czasach Twardoch pisze w dzienniku, że „wówczas posiadał światopogląd”, co z obecnej perspektywy jest raczej powodem do… wstydu. To wówczas miał miejsce dopiero początek długiej i bolesnej drogi narodzin „ja”. Każdy światopogląd jest fałszem, dlatego też pisarz na szczęście nie zasilił szeregów lewicowców i „Krytyki Politycznej”, jak wspomniani Tokarczuk czy Michalski. „Nie znoszę lewicy, nie znoszę prawicy, a już najbardziej nie znoszę tych wstrętnych centrystów”. Ale i u centrystów, i lewicowców zapunktował owym wykolegowaniem się z prawicy – choć na pewno nie wyłącznie i gdyby był literackim beztalenciem, to „wykolegowanie się” niewiele by dało.

Przyznam, że najpierw postrzegałem tę ewolucję światopoglądową w kategoriach konformizmu – salon zamiast konserwatywnej niszy czy fantastycznego „getta”, wygodny kącik w „Polityce” i prestiżowe nagrody literackie, które „prawicowców” raczej omijają. Po lekturze „Wielorybów i ciem” nie byłem tego taki pewien. A już zupełnie przestałem, gdy przypomniałem „Wyznania prowincjusza”, książeczkę autorstwa Twardocha z 2010 roku, wydaną jeszcze przez „Frondę”, gdzie można znaleźć też kilka tekstów wcześniejszych, z okolic roku 2005. Droga Twardocha jest jednak konsekwentna –już wtedy prężeniu muskułów i zamiłowaniu do broni palnej towarzyszyło poczucie fatalizmu i niewystarczalności posiadanego światopoglądu – wystarczy spojrzeć na tytuły esejów „Rozpacz, chrześcijaństwo i konserwatyzm” czy „Konserwatyzm jako klęska”. Niektórzy w obliczu katastrofalnych wydarzeń tym bardziej uznają, że „trzeba orać”, niektórych ogarnia poczucie fatalizmu. Po lekturze „Ostatnich dnia Europy” Waltera Laqueura, książek Lecha Jęczmyka i Oswalda Spenglera Twardoch uznał, że Europa wraz z wartościami (chrześcijaństwo, antyk) i tak umrze, najpóźniej za kilkadziesiąt lat, uginając się pod witalnością islamu. Co robić? Korzystać z życia, niechby i po mieszczańsku, niechby i hedonistycznie. W porządku, ale po co przy okazji dowalać etosowi polskiej inteligencji międzywojennej? Dowalanie inteligencji za „irytujące moralizowanie” i polskiej wsi za prymitywność przez kogoś, kto jeszcze niedawno nazywał siebie „prowincjuszem”… nie sprawia dobrego wrażenia.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że dzisiejsza postawa Twardocha to mało radosne obtańcowywanie Pustki, która jawi się jako fundament wszystkiego i która pięknie – i strasznie – została zmetaforyzowana w powieści „Drach”. Owszem, ale tam mieliśmy literaturę, kreację, która mogła mieć się nijak do poglądów autora. Dzienniki oczywiście też mogą być kreacją, ale z definicji mają silniejszy rys osobisty i sugerują większą wiarygodność, a i tu nicość, czyli Lewiatan „pożerający wszystkich” też budzi grozę i fascynuje jednocześnie. Widzimy tutaj, jak rodził się i ewoluował pomysł na „Dracha” i co w nim zostało zaczerpnięte z rodzinnych historii, a co z wyobraźni i podświadomości. Autor „Morfiny” dziś bardziej niż „statusem ontologicznym Boga” (takie ówczesne fascynacje teraz wzbudzają u niego śmiech) nakręca się mitologią, Eliadem i „wiecznym powrotem”, przyznając, że kolista wizja dziejów jest mu zdecydowanie bliższa od linearnej. A to właśnie chrześcijaństwo jest zdecydowanie linearne w przeciwieństwie do pierwotnego doświadczenia kolistego rytmu przyrody – czyżby i ono było fałszywym konceptem, nałożonym na pierwotną rzeczywistość życia biologicznego? Prawdopodobnie Twardoch przerasta mnie erudycją o parę poziomów, ale mimo wszystko uważam to za regres, wymianę jednej „konceptualizacji” na inną. Lepszą? Można polemizować. Na pewno łatwiejszą do przełknięcia dla dzisiejszego przeciętnego humanisty „poszukującego”, który zamiast Ojców Kościoła taki np. buddyzm łyka bez popitki.

Przełomem dla Twardocha był „Wieczny Grunwald”. Co prawda aż kipiało tam od nihilizmu, ale historia kończyła się Punktem Omega (pomińmy tu ortodoksyjność tego pojęcia), choć słusznie pisał recenzent, że wygląda on na dopisany na siłę, jakby autor przestraszył się własnego nihilizmu. Cóż, teraz już się nie boi. Albo inaczej – boi się jeszcze bardziej, ale już nie ucieka. A skoro „jedną z powinności literatury jest wzbudzać strach”, próbuje zainfekować owym strachem czytelnika. Klasa pisarska sprawia, że czyni to dość skutecznie i po „Drachu” długo nie mogłem się otrząsnąć…

Nie zamierzam osądzać Twardocha za to, że przestał być „nasz” i już nie jest „koszerny”. Literatura to nie publicystyka i nie apologetyka, rządzi się swoimi prawami i powinna raczej stawiać pytania niż dawać gotowe odpowiedzi, gdyż zawsze istnieje niebezpieczeństwo literatury tendencyjnej („druga strona” potrafi też być tendencyjna, może nawet bardziej, Tokarczuk nie wyłączając). Szanując wybory pisarza i rozumiejąc aż za dobrze jego próby zajrzenia pod fałszywe maski rzeczywistości zastanawiam się po prostu, czy aby wszystkie „konceptualizacje” są wymyślone, łącznie z Platonem i matematyką, Objawieniem i teorią ewolucji, kapitalizmem i prawem naturalnym. I czy wystarczy taki nagi empiryzm i sokratejskie (daj Boże) „wiem, że nic nie wiem”. I czy po pozbyciu się „konceptualizacji” nie zostanie tylko Pustka. Oczywiście jest to bliskie myśli Wschodu, gdzie zamiast szukania paradygmatów (w czym lubuje się zgniły Zachód) mamy nirwanę jako ostateczną nagrodę, nieokreśloność i zmienność (yin-yang) jako zasady rzeczywistości i gdzie czas jest kolisty jak panowie bogowie przykazali. O religijnym Odkupieniu i świeckim postępie można wtedy zapomnieć.

Być może nowa książka Twardocha znajdzie nie tylko rzesze fanów, ale i fanek. Ciekawe, że choć dziś coraz więcej kobiet pisze bardzo męską literaturę (Elżbieta Cherezińska czy Maja Lidia Kossakowska), to Twardoch, ze swoim rozdygotaniem, niekonsekwencją podniesioną do rangi dogmatu właściwie „zniewieściał”, albo po prostu ustawił target na płeć piękną, do czego pół żartem przyznaje się w dziennikach. W końcu kobiety więcej czytają i raczej nie gustują w nazbyt erudycyjnej myśli konserwatywnej czy w akademickich sporach o metafizykę. Szczera wiwisekcja własnego „ja” może zrobić na nich wrażenie.

Można widzieć drogę Twardocha jako memento – w końcu w każdym przeintelektualizowanym miłośniku wartości fundamentalnych może umrzeć/poddać się konserwatysta. Wówczas Dziennik będzie świadectwem utraty konserwatywnej wiary. Być może dziedzictwo chrześcijaństwa, Rzymu, antyku, oświecenia i barbarzyństwa, które dało nam Europę, to tylko przypadkowe paradygmaty, które niepotrzebnie idealizujemy i na które tylko machnąć ręką i nawet się o nie nie spierać, bo i tak albo islam je zaorze, albo, jeśli będziemy mieli szczęście, transhumanizm udowodni ich anarchiczność.

Czego jeszcze się dowiemy z Dziennika? Poznamy Twardocha-ojca i przekonamy się, jaką mądrość nabył dzięki rozmowom z synem. Dowiemy się o kulisach pracy twórczej i bojach związanych z „Drachem” i „Morfiną”. Twardoch jako pisarz pracujący okazuje się być anty-Pilipiukiem i książki w jego przypadku rodzą się w twórczych bólach, a nie dzięki pracy „od dziewiątej od piątej”. Będziemy uczestniczyć w życiu towarzyskim i eskapadach z Łukaszem Orbitowskim i Witem Szostakiem. Poznamy odkrycia lekturowe i muzyczne, pozwiedzamy przestrzenie Spitsbergenu i zaułki Budapesztu. Czyta się „Wieloryby…” dobrze, stylowi nie da się nic zarzucić. Co prawda bardziej ceniłem sobie dawne erudycyjne popisy z „Wyznań prowincjusza” – smutne, nie szczędzące konserwatyzmowi, Polsce, chrześcijanom gorzkich słów, ale nie bojące się syntezy i wyciągania wniosków. „Nowy” Twardoch nawet się nie o to stara, jest już mądry inną mądrością i awansował na kolejny poziom. Wolałem jednak dawnego, „światopoglądowego” Twardocha. Z „nowym” nie bardzo jest się o co spierać, skoro niekonsekwencja jest cnotą, a wszelka konceptualizacja złudzeniem.

Ciekawe, że taki np. C. S. Lewis przebył drogę w drugą stronę – od ateizmu i fascynacji mitami do chrześcijaństwa. Od „nie wiem” do „wiem”. Lektura dzienników zostawi nas z poczuciem niespełnienia, pozbawienia drogowskazów – może będziemy w ten sposób dojrzalsi o „wyższą mądrość”, a może zostanie w nas zasiane ziarno zwątpienia i tu, gdzie wcześniej widzieliśmy solidne fundamenty, zaczniemy widzieć pustkę… 3/6

Sławomir Grabowski

Szczepan Twardoch, Wieloryby i ćmy. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.