Jeszcze trzy lata temu o Queensrÿche mało kto chciał słuchać. Bo oto mamy przykład zespołu, który w latach 1984-1994 nagrał pięć świetnych, klasycznych albumów, na których bardzo udanie łączył heavy metal z bardziej progresywnym podejściem do tematu, a później zagubiwszy się, pogrążał się w permanentnym kryzysie twórczym. Faktu tego nie zmieniła nawet kontynuacja opus magnum kapeli „Operation: Mindcrime”, wydana w 2006 roku. Tak czy siak, okazało się, że zespół jest wypalony i raczej nic nie świadczy o tym, aby miał się z tego kryzysu wykaraskać. Kolejne albumy, których nikomu nie chciało się już słuchać, tylko pogłębiały groteskowość całej sytuacji.
Queensrÿche przypominali Syzyfa, który – jak wiemy z mitu – zawsze polegnie, wciągając kamień na wysoką górę. Czasem jednak rozwiązanie pozornie nierozwiązalnego problemu znajduje się bliżej niż się myśli. Wystarczyło wyrzucić wokalistę, Geoffa Tate, który w zespole obecny był od pierwszej płyty, i okazało się, że z tym samym składem, co od początku powstania kapeli, wzbogaconym jedynie o drugiego gitarzystę, uda się nagrać album nawiązujący do najlepszych lat grupy. Nie mam na myśli najnowszego wydawnictwa, ale wypuszczony dwa lata temu album zatytułowany po prostu „Queensrÿche”. Najnowsze dziecko zespołu „Condition Hüman” jest płytą jeszcze lepszą!
I jako że kryzys twórczy Queensrÿche dla większości fanów kapeli wydawał się niezmienny, tym bardziej dziwi dobra passa zespołu. Za mikrofonem ponownie stanął Todd La Torre, człowiek obdarzony bardzo podobną barwą głosu jak jego poprzednik; czasem trudno ich ze sobą nie pomylić. Kto by pomyślał, że właśnie zmiana wokalisty pchnie zespół na nowe tory i że jako panowie już w wieku dojrzałym grać będą z taką pasją i werwą. „Condition Hüman” jest bowiem płytą, która w mistrzowski sposób nawiązuje do pierwszych trzech płyt: „The Warning”, „Rage for Order” oraz „Operation: Mindcrime”. W mniejszym stopniu słychać na niej coś z albumu czwartego – „Empire”, który był już bardziej rockowy niż metalowy. Najnowszy, jak i poprzedni krążek tych pochodzących z Seattle Amerykanów, mógłby śmiało ukazać się na początku lat 90., zaraz po sławnej rock-operze „Operation: Mindcrime”. Słuchając „Condition Hüman”, ma się wrażenie, że okres 1997-2011 w historii zespołu wcale się nie wydarzył.
Queensrÿche Anno Domini 2015 to zespół, który dostał od życia drugą szansę i skwapliwie z niej skorzystał. Najlepiej zaś świadczy o tym muzyka, która w najlepszy z możliwych sposobów pokazuje, czym jest metal progresywny. A zatem: żadnych klawiszowych ornamentów na pierwszym planie, żadnych przedłużających się w nieskończoność utworów i rockowych suit, które uwielbiają ludzie ścinający wąsy z powodu recenzenckiego hejtu na Pendragon. Co w zamian? Rytmiczne skomplikowanie pozornie prostych konstrukcji, dokładne wycyzelowanie środków wyrazu, niebanalność melodii i odejście od klasycznego, nieokrzesanego heavy metalu na rzecz większej dawki muzycznej szlachetności. Te zabiegi owocują wyrazistymi, ale dalekimi od metalowej średniej, melodiami. Uderza w tej muzyce również przestrzeń, słyszalna nie tylko w serii spokojniejszych piosenek jak „Just Us” czy „Bulletproof”, ale i w tych mocniejszych i szybszych numerach. W tym pierwszym słychać sporo nawiązań do Rush, ale to jeden z tych progresywnych zespołów, które nie „przeginają”, zapominając, że muzyka rockowa to przede wszystkim piosenki. Mimo krótkich form, które poza jednym przypadkiem, nie przekraczają sześciu minut, udało się zespołowi stworzyć utwory interesujące i niebanalne.
„Condition Hüman” to nadzwyczaj udana płyta zespołu, na którym jeszcze cztery lata temu stawiano krzyżyk. Do bólu amerykańska (Europejczycy nie potrafią tak grać), pełna przestrzeni, nawiązująca do najlepszych lat zespołu, heavymetalowa, ale nie prostacka jak przyśpiewki Sabatonu. Śmiało można postawić ją obok najlepszych dokonań Fates Warning, Savatage czy bohaterów głównych tej recenzji.
5/5
Michał Żarski
Queensrÿche , Condition Hüman, Century Media 2015.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kultura/270082-kondycja-wzorowa-nowy-album-queensryche-recenzja