Mówi się, że Polacy są przewrażliwieni na punkcie swojego wizerunku i gdy tylko ktoś chlapnie o „polskich obozach koncentracyjnych”, podnoszą szum. Żydzi są przewrażliwieni jeszcze bardziej, negatywne opinie tłumią w zarodku, niewygodne fakty czasem też. A ten, kto o nich przypomina, automatycznie zostaje antysemitą.

Taki zarzut pewnie spotka Krzysztofa Kłopotowskiego, choć bardziej zasadne byłoby określenie „Geniuszu Żydów” książką wybitnie filosemicką. Otóż zamiast tysięcy łasych na socjal uchodźców z Syrii powinniśmy sprowadzić do Polski pół miliona Żydów, sugeruje autor – nie do końca żartem. Rozkręciliby gospodarkę, narobiliby pożytecznego fermentu w życiu umysłowym i wymusiliby na swoim sojuszniku, Stanach Zjednoczonych, obronę naszego terytorium. Są nawet plany bardziej ambitne – cykl filmów izraelskiej artystki Yael Bartany „I zadziwi się Europa” czy kongres Ruchu Odrodzenia Żydowskiego, który w 2011 roku w Polsce dywagował nad powrotem 3 milionów 300 tysięcy Żydów – tylu ich mieszkało przed wojną. W jednym ze wspomnianych filmów Sławomir Sierakowski symbolicznie ginie za swój filosemityzm i staje się drugim Narutowiczem, ofiarą złych narodowców… ale nie wiem, czy w rzeczywistości wolnorynkowi Żydzi spodobaliby się ukochanemu przywódcy lewicy. Ale nie ma to jak dobra autopromocja, która zresztą poskutkowała prestiżowymi zagranicznymi stypendiami.

Niesamowita sprawa z tymi Żydami. Biorąc pod uwagę ich nadreprezentatywność, i to bez żadnych parytetów, wśród laureatów nagród Nobla (ekonomia zwłaszcza), najbogatszych ludzi świata czy geniuszy, zmieniających jego oblicze. Karol Marks, Zygmunt Freud, Henri Bergson, Albert Einstein, Karl Popper, Ayn Rand… długo by wyliczać. Kłopotowski łamie politycznie poprawne tabu o równości ludzi, przedstawiając twarde dane, według których Żydzi mają średnio o kilka punktów wyższy iloraz inteligencji niż reszta ludzkości – efekt doboru naturalnego i… prześladowań. Co ciekawe, sami zainteresowani niezbyt się tym chwalą, nie chcąc być zanadto widoczni – może dlatego, by nie dawać pożywki spiskowym teoriom dziejów, zgodnie z którymi „Żydzi rządzą światem”.

Autor sugeruje, że jeśli Polacy (a zwłaszcza Polacy-katolicy) nie staną się mentalnie bardziej jak Żydzi, przepadną z kretesem w świecie „gospodarki symbolicznej”. Niestety, przeszkadza temu silna ponoć awersja do wiedzy i nauki – chyba nie do końca, trochę jednak naukowców wśród Polaków było (a wśród katolików jeszcze więcej), choć faktycznie rzadko któremu udało się zawładnąć masową wyobraźnią.

Kłopotowski proponuje zatem przejęcie żydowskiego „kodu kulturowego”. Problem z tym, że chrześcijanina zbawia wiara, Żyda zbawia wiedza. Wynikają z tego rozmaite ciekawe i czasem niepokojące konsekwencje. Kłopotowski wylewa na głowę Polaków kubeł zimnej wody i woła o wydobycie ukrytego potencjału. Brak nam elementarnego sprytu i dojrzałości, jesteśmy sentymentalnymi miłośnikami „sielanek”. Znamy te tony, mówi o tym Twardoch („Polska to aksolotl narodów”), Ziemkiewicz („polactwo”) czy Zychowicz, według którego Polacy to partacze historii. Czy naprawdę było z nami aż tak źle? I czy jest?

Według autora owszem. Polska spada na łeb na szyję czy to w rankingach najlepszych uczelni świata, czy w statystykach ilości przeczytanych książek. Ale przy okazji Kłopotowski dowala, i to w książce wydanej przez Frondę, chrześcijaństwu. Otóż zarzuca mu, że to ono zasiało zły ferment u rodaków, gdyż jest… zbyt kobiece, za co winę ponosi św. Jan Paweł II czy król Jan Kazimierz, który obrał Maryję Królową Polski. Tak się złożyło, że równocześnie z „Geniuszem Żydów” czytałem „Uległość” Houellebecqa i tam te same zarzuty wygłasza wobec nazbyt „miękkiego” chrześcijaństwa francuski profesor i zarazem świeży islamski neofita – posiłkując się filozofią Nietzschego, której, nie będę ukrywał, nie lubię. A bo to Jezus przebywał za dużo z kobietami i to, niestety „widać”, pada argument u Houellebcqa (Mahomet pewnie nie przebywał). W książce Kłopotowskiego nie odmawia się co prawda Jezusowi męskości, gdyż udowodnił ją, wypełniając swą misję. Ale zarazem uczynił to, sprzeciwiając się swojej Matce, która nie chciała takiego losu dla swego Syna. Pomimo tego, chrześcijaństwo to taki „buddyzm po żydowsku”, uczący raczej dobrej śmierci niż dobrego życia. Do dostatniego losu na tym łez padole rzekomo zniechęca Kazanie na Górze i moralne nakazy, by nadto nie troszczyć się o przyszłość, dostatek, ubiór i „być jak ptaki niebieskie”.

Gdyby więc poważnie i dosłownie potraktować zalecenia chrześcijaństwa, sugeruje Kłopotowski, to cała gospodarka leży i kwiczy, nie mówiąc już o jakimkolwiek postępie. Stąd już blisko do wniosku, że świat trwa i rozwija się nie dzięki chrześcijaństwu, ale niejako wbrew niemu (!), a gdyby Żydów na świecie było więcej i nie rzucano im kłód pod nogi – jak czyniono to do Oświecenia – mielibyśmy już co najmniej technologiczny XXX wiek i prorok technologicznej Osobliwości Ray Kurzweil (oczywiście Żyd) spałby już dawno spokojnie na jakimś cyfrowym nośniku, nie bojąc się biologicznej śmierci. A może jest tak, że skoro połowa świata zarzuca danemu zjawisku, że jest zbyt „miękkie” i raczej „miłosierne” niż „sprawiedliwe”, a druga połowa twierdzi, że jest zbyt patriarchalne i agresywne, a kobiety i dzieci głosu nie mają… to może jest ono dokładnie takie, jak być powinno.

Niedawno zmarły Terry Pratchett pisał, że kiedy w młodości przeczytał Stary Testament, był przerażony nadmiarem okrucieństwa. Natomiast o przesłaniu Nowego Testamentu generalnie wyrażał się bardzo ciepło. Przerażenie może wzbudzić takie na przykład święto Purim, przywołane przez Kłopotowskiego, obchodzone na pamiątkę wyrżnięcia wszystkich egipskich pierworodnych przez anioła wysłanego przez Jahwe. Okrutne? Okrutne, ale jest żydowskim świętem. I u Polaków ostatnio zauważam, co mnie trochę niepokoi, marzenie o bardziej krwawej historii, żal, że nie graliśmy odważniej roli oprawcy. Jarosław Marek Rymkiewicz w „Wieszaniu” imaginował sobie Polaków-królobójców (albo i komuchobójców). Czy to źle? A może brak takich „niechrześcijańskich” wątków w historii świadczy o tym, że generalnie Polakom obca jest mentalność zemsty. Wyzbycie się jej nie oznacza zapomnienia – trzeba mówić o „żydokomunie”, trzeba prostować kłamstwa Grossa i dbać o dobre imię Polski. Mówi o tym Kłopotowski… i tak staje się z filosemity antysemitą, popełniając myślozbrodnię. Na nic może okazać się cały podziw wobec osiągnięć narodu wybranego i sugestia, by naśladować go w sukcesach.

O roli „żydokomuny” autor pisze wyraźnie i ciekawie wskazuje na związki przyczynowo-skutkowe. Nie powinno dziś oburzać nikogo stwierdzenie faktu, że Żydzi szukali ratunku przed nazizmem w komunizmie – ale sam nazizm miał być lekarstwem na realne zagrożenie bolszewizmem. A skąd komunizm z taką „nadreprezentatywnością” Żydów w rewolucyjnej Rosji? Otóż pragnienie rewolucji było skutkiem silnych prześladowań i blokady rozwoju w carskiej Rosji, gdzie Żydzi znaleźli się po rozbiorach Polski… Gdyby więc nie było rozbiorów, pozostaliby w Polsce, która przez wieki była „rajem Żydów” i raczej nie kusiliby się o rewolucję, a ostatecznie światu zostałby oszczędzony komunizm i nazizm… Ciekawe, czy „przy okazji” nie zostałby oszczędzony postęp.

Kłopotowski naraził się też salonowi, pisząc też o linii programowej „Gazety Wyborczej” i „New York Timesa”, gazet urabiających opinię publiczną odpowiednio Polaków i Amerykanów na liberalną modłę. Obie czynią to w niesamowicie sprytny sposób, coraz bardziej mieszając opinie z faktami i selektywnie dbając o właściwy dobór tych ostatnich. I tak to, pisząc o „żydokomunie” i „Gazecie Wyborczej” nowojorski liberał stał się „pisowcem”… Pewne cechy „kodu kulturowego” wywołają jednak instynktowną niechęć konserwatywnych Polaków zorientowanych jednak na „gospodarkę produkcyjną” a nie „symboliczną”, stąd jestem dość sceptyczny co do możliwości pełnego jego przejęcia. „Hucpa”, jeden z kluczy do sukcesu, czyli pewnego rodzaju bezczelność i asertywność przejawiana w biznesie i nie tylko… niezbyt mnie przekonuje, choć Kłopotowski pokazuje, że żydowska etyka biznesowa stoi na solidnym fundamencie moralnym. Przekonuje też, że średniowiecze nie miało racji, zakazując lichwy. A aferzyści trafiają się wszędzie, nie tylko wśród Żydów (choć z racji wyższego IQ ich afery są na „wyższym poziomie”). „Antydogmatyzm” podniesiony do rangi dogmatu sprawdza się w wojsku (w izraelskim na pewno) czy w nauce, ale niekoniecznie w teologii. Podobnie przekonanie, że „każda opinia może się przydać w innych okolicznościach” brzmi trochę niepokojąco. Z nacisku na wiedzę i na konieczność siania umysłowego „fermentu” nie dziwi pozytywna opinia autora na temat gnozy. Jako ćwiczenie wyobraźni, swego rodzaju „theological fiction” owszem, ale podniesiona do rangi religijnego dogmatu – już nie. Wystarczy wiedzieć co nieco o historii pierwszych wieków chrześcijaństwa i o tym, w jakim tyglu formowały się dogmaty.

Skoro jest gnoza, znajdziemy w książce fascynującą analizę Adama Michnika w duchu jungowskiej psychoanalizy (Urban jest „cieniem” redaktora Gazety Wyborczej!) czy rozdziały okołofilmowe dotyczące twórczości Woody’ego Allena i Romana Polańskiego. Kłopotowski domaga się „uwolnienia wyobraźni” – „diabelskość” Polańskiego, której nie widzimy albo nie chcemy widzieć, jest tu dobrym przykładem (i kapitalnie przeanalizowanym). Kino grozy niemal u nas nie istnieje, ale taka, dajmy na to, polska fantastyka (literacka) byłaby świetnym towarem eksportowym. „Wiedźmin” już przetarł szlaki.

Z owego nacisku na rolę wiedzy wynika też stosunek Kłopotowskiego do obecnego „sporu o sześciolatków”. U Żydów już czterolatki dziewięć godzin dziennie przeznaczają na naukę czytania, głównie Talmudu i nikt nie mówi, że to „za wcześnie”. Zatem odpowiednikiem takiej nauki w polskich warunkach musiałoby być dziewięć godzin lekcji religii dziennie – co na to lewica? Pouczające są fragmenty o tym, jak Palestyńczycy ekonomicznie skorzystali na okupacji przez Izrael. Nigdzie na świecie z wyjątkiem USA Arabowie nie sprawdzili się w gospodarce tak dobrze jak właśnie tam. Niestety, dzisiaj wśród Arabów nienawiść za „mistrzowskie opanowanie zasad kapitalizmu przez Żydów” rośnie, a ich retoryka przypomina niepokojąco „Mein Kampf”. Wygląda na to, że dziełko Hitlera to mocno lewicowa książka – czyżby dlatego znajdowała się na indeksie ksiąg zakazanych? Okazuje się też, że była ulubioną lekturą Jasira Arafata (jej arabski tytuł brzmi „Mój dżihad”).

Kłopotowski nie posługuje się gotowym zestawem poglądów ani „salonu” ani „antysalonu”, a gromy spadną na autora z obu stron. Bardziej otwierająca dyskusję niż podająca gotową receptę (ale w końcu „gotowych recept” nie ma, zależą one od okoliczności). „Polska, jak kobieta, wypatruje herosa”, pisze autor trochę złośliwie. Czy pół miliona Żydów byłoby takim herosem, bohaterem zbiorowym… mesjaszem? – zbawiającym Polskę i polską gospodarkę?… Niezłe ćwiczenie z wyobraźni.

Krzysztof Kłopotowski, Geniusz Żydów na polski rozum. Fronda, Warszawa 2015.

5/6

Sławomir Grabowski