Czołowy recenzent filmowy „GW”, Tadeusz Sobolewski, pisze o „Karbali” Krzysztofa Łukasiewicza – filmie o bitwie polskich żołnierzy w Iraku. Mniejsza o jego zdanie na temat artystycznych wartości tego dzieła. Idzie o to, że „Karbala” przypomina Sobolewskiemu polskie kino wojenne lat 60.

Tamta fala filmów miała przypomnieć polski udział w zwycięstwie nad Hitlerem

— pisze autor z Czerskiej.

U boku radzieckiego sojusznika, ale gdy dziś ogląda się te filmy, nie czuje się w nich propagandowego fałszu. One mówią: to była cena za nasze bezpieczeństwo.Czy czegoś podobnego nie mówi „Karbala”? Ten film dziejący się w roku 2004 nabiera dziś politycznego znaczenia. Czy nie mówi, że udziałem w tamtej wojnie zapłaciliśmy amerykańskiemu sojusznikowi za bezpieczeństwo, wówczas jeszcze niezagrożone?

Nie idzie mi o ocenę przyczyn polskiego udziału w wojnie z Husajnem. Sobolewski ma tu wiele racji – wszystkie siły polityczne zgadzały się wówczas co do tego, że trzeba wszystkimi możliwymi sposobami wiązać się z Amerykanami, a Amerykanów - z nami, bo to jest jedyna szansa, że jeśli rosyjski imperializm się odrodzi, to ktoś może udzieli nam pomocy. Nie będę też dyskutował o sensie samej podjętej w Waszyngtonie decyzji o inwazji. Sobolewski pisze, że „wszczęta po 11 września wojna w Iraku była pomyłką o nieobliczalnych skutkach”. Sądzę podobnie.

Ale doprawdy trudno mi przejść do porządku dziennego nad znakiem równości, postawionym przez Sobolewskiego wobec obecnego sojuszu z USA i PRL-owskiego „sojuszu” z ZSRR. Cudzysłów bierze się stąd, że trudno mówić o sojuszu w sytuacji, w której zaistniał on nie na skutek dobrowolnej decyzji władz suwerennego państwa, lecz zainstalowania w Polsce przez obce mocarstwo drogą zbrojnej przemocy rządów mniejszościowej grupy, lojalnej nie wobec swojego kraju, tylko tego mocarstwa. Takie były prawdziwe przyczyny powstania – i trwania – „sojuszu” polsko-radzieckiego. „Bezpieczeństwo” Polski, jeśli było zagrożone przez Zachód, to przecież właśnie na skutek przynależności naszego kraju do bloku radzieckiego, a nie samo z siebie. Sobolewski jest z pokolenia, które wie o tym doskonale. A jednak idzie w ślady Jerzego Urbana, który w latach 80 napisał, że polskie emocje antyradzieckie są przejawem paranoi, bo przecież amerykańskie rakiety są wymierzone w Polskę, i tylko siła Związku Radzieckiego powstrzymuje złowrogi Pentagon przed ich odpaleniem… Bezczelność tego chwytu erystycznego jeszcze dziś zapiera dech w piersiach. Ciekawe, czy Sobolewski pamięta ten felieton rzecznika Jaruzelskiego?

Oczywiście, Sobolewski mógłby się tłumaczyć na sto sposobów. Na przykład twierdząc, że to co napisał odnosi się nie do sojuszu polsko-radzieckiego w ogóle, tylko do udziału WP w wiosennej kampanii ’45 roku (ale gdyby iść tym tropem, to przecież Niemcy wtedy już Polsce nie zagrażali, więc taka interpretacja prowadziłaby do wniosku, że recenzent z GW napisał jeszcze większy absurd). Albo – że w ogóle jego słowa dotyczą tylko kwestii artystycznych, jakości filmowego rzemiosła…

Żarty na bok. Sądzę, że pokrętne zdania, które wyszły spod klawiatury Sobolewskiego, zrodziła specyficzna atmosfera redakcji „Gazety”. Lubią tam, po pierwsze, relatywizować PRL. Ja sam nie jestem bynajmniej zwolennikiem rozjechania buldożerem wrażliwości Polaków, powiązanych emocjonalnie czy biograficznie z tą formacją, ale z tego jeszcze nie wynika, żeby zrównywać nieporównywalne, czy żeby zamazywać prawdę. Co piórem m.in. Sobolewskiego czyni „GW”.

Po drugie zaś – młode pokolenie dziennikarzy z Czerskiej jest coraz bardziej lewicowe. I moim zdaniem nie ma to samych złych aspektów; dzięki temu wrażliwość społeczna „Gazety”, którą kiedyś można by określić jako neoficko liberalną (czyli w zasadzie jako antywrażliwość) w ostatnich latach urosła, czy może raczej – zaistniała. Ale w omawianej sferze ten proces ma niekorzystne efekty. Skoro zachodniej lewicy obca jest optyka antykomunistyczna, to młode pokolenie lewicy polskiej, wzorując się na tej zza Odry, znad Sekwany czy Tamizy, też skłonne jest od niej odchodzić. To stwarza atmosferę, wpływającą i na starsze pokolenie.

I w efekcie – kłania się Jerzy Urban.