LOVE. Obciachowe tango w Paryżu. RECENZJA

Po zeszłorocznej naszpikowanej scenami pornograficznymi „Nimfomance” Larsa von Triera napisałem, że konsekwencją tak radykalnego wprowadzenia porno do mainstreamowego kina będzie niepochamowana chęć przebicia duńskiego skandalisty. Nie trzeba było długo na to czekać

Uwielbiany przez intelektualne salony całego świata Argentyńczyk Gaspar Noé ( „Nieodwracalne”) nie dość, że opakował w artystyczne szaty zwykłego pornola, to jeszcze nakręcił go w 3D. Już otwarcie pokazuje z jakim kinem mamy do czynienia, gdy dostajemy ciągnącą się w nieskończoność scenę wspólnej masturbacji, zakończonej pokazanym w pełnej okazałości wytryskiem. Potem dostajemy między oczy… wytryskiem trójwymiarowym.(sic!) Mnie tego wątpliwie przyjemnego wrażenia oszczędzono, bowiem film widziałem w 2D. To jednak rzecz drugorzędna. „Love” jest tak pusty, iż trudno w nim znaleźć nawet jeden sensowny wymiar.

„Miłość to oślepiające światło, genetyczna potrzeba, odmienny stan świadomości, ciężki narkotyk, choroba psychiczna, gra o władzę - to sperma i łzy.”- mówił przed premierą filmu Noé. Mniej więcej tak samo „głębokie” jest przesłanie filmu o amerykańskim kochanku Murphym i jego francuskiej kochanicy Elektrze, który znudzeni seksem ze sobą eksperymentują bardziej niż Gragamel ze smerfową zupą i w końcu do łóżka zapraszają transseksualistę. W przerwach między zrobionymi z zastanawiającym pietyzmem zbliżeniami na jankieskiego penisa, słyszymy z offu płynące dyrdymały o życiu, miłości, seksie i trójkątach, mrokach więzów w małżeństwie bez miłości etc. Choć brakuje tu masła z „Ostatniego tanga w Paryżu”, to dostajemy inne wygibasy, mające dowieść, że Noé jest wyjątkowo odważnym filmowcem.

Cóż, w dobie powszechnego dostępu za pomocą kliknięcia myszką do najbardziej perwersyjnego sieciowego porno, igranie nim jest mówiąc delikatnie…obciachowością. I może nawet moje konserwatywne nudziarstwo zostałoby jakoś złamane, gdyby ten film był chociaż zrobiony trochę mniej serio. Napuszony Bertolucci miał zblazowanego własnym wizerunkiem Marlona Brando, Japończycy od „Imperium zmysłów” kurze jajka, a Von Trier wrodzone chuligaństwo. A Noé? Jego arka przymierza artystycznego kina z pornografią rozbija się o rafę pretensjonalności.

Ten kuriozalny film jest erupcją bezczelnej megalomani Argentyńczyka, który próbuje nam wmówić, że pornografia może być uznana za sztukę. Serio? Podobnie myślał zbereźny reżyser pornosów z VHS z „Boogie Nights” P. T Anderssona, który widząc jak jego gwiazda Dig Diggler strzela nie tylko z przyrodzenia, ale i rewolweru rzekł: „w końcu nakręciłem prawdziwy film”. Czy podczas premiery na tegorocznym Cannes to samo zrobił Noé? Czy może w duchu zaśmiał się na myśl, że niczym Larry Flynt wstrząsnął systemem, wprowadzając lepiej sfotografowaną pornografię na najbardziej prestiżowy festiwal filmowy świata?

2/6

Łukasz Adamski

„Love”, reż: Gaspar Noé, dystr: Gutek Film

Tekst pochodzi z rubryki Adamski poleca, Adamski odradza w yugodniku wSieci.

Autor

2 audiobooki w prezencie! Sprawdź 2 audiobooki w prezencie! Sprawdź 2 audiobooki w prezencie! Sprawdź
W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...