Szumnie zapowiadał Max Cavalera swój dziesiąty album wydany pod szyldem Soulfly. Miało być nowatorsko i bardzo, ale to bardzo ostro. Brazylijski muzyk – gitarzysta i główny kompozytor kapeli zarzekał się, że słucha ostatnio polskiego Behemotha oraz austriackiego Belphegora, czyli zespołów kojarzonych z black i death metalem, w dodatku jednoznacznie zdeklarowanych ideologicznie.

Cavalera na każdej płycie dziękował Bogu, więc nie było mowy o inspiracjach tekstowych, a tylko muzycznych. Soulfly, w momencie powstania został przez fanów tradycyjnego ciężkiego metalu oskarżany o granie muzyki modnej, raczej dla słuchaczy hardcore’a, hip-hopu czy reggae. Faktem jest jednak, że kapela rozwinęła na swoich pierwszych albumach stylistykę zawartą na „Roots” Sepultury, a płyta ta była ostatnim krążkiem zespołu nagranym z Maxem Cavalerą w składzie. Określano więc dźwięki grane przez kapelę jako groove metal, czy nu metal, co stawiało Soulfly w jednym szeregu z zespołami takimi jak Korn, Deftones czy Slipknot. Niechęć zaś fanów ekstremalnego, ale tradycyjnie sformatowanego metalu, do zespołów tego typu jest znana wszem i wobec. Pierwsze jaskółki powrotu do bardziej metalowych brzmień dało się odczuć na czwartym albumie Sooufly – „Prophecy”, co wiązało się z dojściem do zespołu gitarzysty Marka Rizzo. Jednak dopiero na „Dark Ages”, wydawnictwie kolejnym, datowanym na 2005 rok, Soulfly powrócił do brzmień kojarzonych z tym, co Sepultura grała na swoich najbardziej cenionych albumach. „Dark Ages” do tej pory jest najlepszym i jednocześnie najbardziej klasycznie brzmiącym krążkiem zespołu. Od tej pory Soulfly kręci się w kółko, nagrywając płyty nierówne pod względem jakości, na których łączy nowomodne wpływy z tymi bardziej klasycznymi. Rezultatem są albumy, raz lepsze jak „Enslaved”, raz gorsze jak „Savages”, które jednak nie do końca przekonują. A co udało się na „Archangel”?

W porównaniu z poprzednim albumem, który wspomniałem powyżej, muzyka Soulfly jest bardziej zwarta, kompozycje są krótsze i bardziej interesujące. Nie ma już mowy o siedmiominutowych, nudnych klocach, które wypełniały „Savages”. Czy jednak „Archangel” przekonuje do końca? Max Cavalera i spółka postanowili połączyć w jedną całość, charakterystyczne dla Soulfly i całego nu metalu, rwane, skoczne riffy i zagrywki z muzyką kojarzoną przede wszystkim ze staromodnym death metalem. Rezultat jest czasami przedziwny. Weźmy „Bethlehem’s Blood”, w którym słyszymy zarówno groove a la Machine Head, europejski death metal początków lat 90., blackmetalowy riff rodem ze Szwecji, a nawet trąby. Gdyby całość była spójna, brzmiałaby interesująco. Główną bolączką jest tutaj więc nieprzystawalność poszczególnych elementów. Najbardziej boleśnie odczuwa się ją w tytułowym nagraniu, które przez półtorej minuty zaskakuje bardzo pozytywnie. Wolny, majestatyczny, doommetalowy prawie i niepokojący fragment główny zmienia się nagle w głupawą, skoczną melodyjkę i cały nastrój szlag trafia. Gdyby Max Cavalera przemyślał dokładniej strukturę najnowszego albumu Soulfly, muzyka na nim zawarta byłaby ciekawsza.

Najbardziej przekonują mnie ostatnie trzy nagrania. „Titans” jest thrash/deathowym kolosem, w którym niespokojne zagrywki gitar spotykają się z riffami charakterystycznymi dla Celtic Frost. Słychać nawet sakralnie kojarzące się chóry i klawisze, co wprowadza atmosferę początków death metalu. Natomiast kończą album dwa krótkie, ledwo ponad dwuminutowe strzały: „Deceiver” oraz „Mother of Dragons”. Oba, przywołują złote lata death metalu i z prędkością światła kończą bardzo udanie ten nierówny album. Można więc powiedzieć, że „Archangel” jest płytą lepszą niż poprzedniczka, do tego kończącą się lepiej niż się zaczyna. Natomiast o żadnym nowatorstwie nie ma mowy, a zapowiadane przez lidera wpływy muzyczne słyszalne są z ledwością.

Michał Żarski

3.5/5

Soulfly, Archangel, Nuclear Blast 2015.