LOST RIVER. Zabawa w Lyncha w upadłym Detroit. RECENZJA

Dobry reżyser filmowy najpierw decyduje co chce przekazać widzowi, i potem znajduje dla wyrażenia swojej myśli określone środki stylistyczne. Zły reżyser najpierw zatapia się w stylistykę opowiadanej historii, i do niej dopasowuje główny przekaz swojego dzieła. Ryan Gosling należy jak na razie do tej drugiej kategorii reżyserów.

I choć mam wielki szacunek dla tego artysty za to, że mimo wielkiej popularności nie wpada w sidła Hollywood i pozostaje wierny niezależnemu kinu, to trudno jego debiut uznać za sukces. Głównym problemem „Lost River” nie jest nawet to, że Gosling nie ma wypracowanego swojego stylu i garściami czerpie, ba momentami bezwstydnie kopiuje, Davida Lyncha, swojego przyjaciela i mentora Nicolasa Windinga Refna czy Terrence’a Malicka. Ten stylistyczny eklektyzm cieszy wzrok i może zahipnotyzować. Niestety kompletnie nic się za nim nie kryje. Film otwierają ujęcie zdewastowanego Detroit- miasta widma. Sztucznie stworzonej metropolii będącej niegdyś symbolem gospodarczej potęgi USA, która dziś wygląda jak slumsy w trzecim świecie. Zarosłe chwastami fabryki samochodów, opuszczone domy i zatopione ulice to nie tylko ponury obraz kryzysu finansowego wciąż największej potęgi gospodarczej świata, ale złowieszczy znak jej kruchości. Gosling mimo onirycznego klimatu nakręcił film w naturalnych plenerach Detroit. Autor zdjęć Benoît Debie doskonale uwypukla ducha tego miejsca z borykającymi się finansowo rodzinami, zrezygnowanymi emigrantami i samozwańczymi, wyjętymi ze niemal ze świata „Mad Maxa” rzezimieszkami.

Gosling opowiadając o samotnej matce próbującej żyjącej z dorosłym synem i małym dzieckiem zapuszcza się w rejony znane choćby z „Magical Girl”, gdzie przyciśnięta przez finansowy kryzys kobieta (Christina Hendricks) musi oddawać się perwersyjnym uciechom zdegenerowanej moralnie, libertyńskiej widowni. Jej syn Bones (Iain De Caestecker) zajmuje się zbieraniem miedzianych rur, czym naraża się miejscowemu psychopatycznemu bandycie. Niestety niewiele z tej historii wynika. Młody reżyser nie potrafi nawet uzasadnić motywów pozostania rodziny w zdewastowanym świecie, świadomej przecież, że poza wegetacją nic jej nie czeka Główne postacie są zbyt komiksowe i czarno białe jak na dramat, i zbyt grubo ciosani jak na poetycki utwór. Gosling mówi, że rodzina może przetrwać tylko razem, stawiając opór upadającemu światu. Słuszne to choć banalne przesłanie. Szkoda, że nie zostało ono bardziej zatopione w niemal postapokaliptyczną rzeczywistość Detroit. Nie ma tu harmonii zdewastowanego miasta z losami bohaterów rodem choćby z serialu „Treme” czy pięknej „Bestii z południowych krain”. Gosling zamiast powiedzieć cokolwiek oryginalnego ukrywa banał pod coraz to wymyślniejszymi wizualnie scenami. Te jednak nie są niczym innym jak kopią jego mistrzów. Neonowe tunele przypominają „Tylko Bóg wybacza”, sceniczne pokazy gore z piękną Ewą Mendes w świetle reflektorów to ekranizacja koszmarów Davida Lyncha. Reżyserka niepewność Goslinga zamyka się w stylistycznym bałaganie i dobitnym przeroście formy nad treścią. Poszczególne sceny mogą imponować, ale w połączeniu ze sobą tworzą niezamierzony chaos. Ryan Gosling na końcu dowodzi, że jest grafomanem nie potrafiącym zapanować na pretensjonalnością swojej wydmuszki. Szkoda, bowiem upadek Detroit zasługuje na brutalną baśń.

Mimo krytycznego spojrzenia na „Lost River” wierzę, że Ryan Gosling ma potencjał by wyrazić siebie w interesujący sposób. Jego debiut dowodzi niepokorności aktora, który przecież mógłby odcinać kupony od sławy pogrążając się w kolejnych rolach zabijaków albo amantów. A jednak idzie swoją drogą. Bardzo wyboistą, ale szczerą. Z lepszym warsztatem może stać się dobrym reżyserem. Na razie jest zagubiony w stylistycznej rzece…

2/6

Łukasz Adamski

„Lost River”, reż. Ryan Gosling, dystr: Best Film

Autor

2 audiobooki w prezencie! Sprawdź 2 audiobooki w prezencie! Sprawdź 2 audiobooki w prezencie! Sprawdź
W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...