POLTERGREIST. Tego gniota wystraszyłby się duch. RECENZJA

Nowa wersja klasycznego „Ducha” z lat 80-tych jest przykładem na to, że niektórych filmów nie powinno się przerabiać. Dostaliśmy wtórne, nudne, kompletnie niestraszne kino ze zblazowanym Samem Rockwellem, który wygląda jakby grał tu za karę.

Nie należę do wielkich fanów „Ducha” duetu Hooper/Spielberg, choć doceniam fakt, że ten klasyk wytyczył ścieżkę wielu horrorom. Był nowatorski, wywoływał ciarki na plecach i dał podwaliny narracyjne pod opowieści o nawiedzonych domach, które potem były z lepszym bądź gorszym skutkiem eksploatowane. Po reaktywacji takich klasyków jak „Halloween”, „Koszmar z ulicy Wiązów”, „Piątek 13-go” czy „Martwe zło” można się było spodziewać, że Hollywood sięgnie po tą kultową opowieść. Szkoda, że z tak żenującym skutkiem.

Rodzina z trojgiem dzieci przeprowadza się na spokojne przedmieścia, do pozornie zwykłego domu, który stopniowo zaczyna odkrywać swą mroczną tajemnicę. Kolejne niepokojące znaki stają się zaproszeniem do rzeczywistości dużo bardziej przerażającej niż najgorszy sen. Związany z domem duch poltergeist wykorzystuje przeciwko rodzinie jej największe lęki i porywa najmłodszą córkę do równoległego świata, z którego nie ma ucieczki. Aby pokonać złośliwego ducha rodzina wzywa specjalistów od zjawisk paranormalnych. ( FORUM FILM).

Banał? W latach 80-tych była to nowatorska historia, która następnie w najróżniejsze sposoby została przeżuta przez Hollywood. Spodziewałem się więc, że reżyser Gil Kenan mając nad sobą w roli producenta mistrza postmodernizmu Sama Raimi ugryzie ją co najmniej tak błyskotliwie jak Rob Zombie, kręcący nowy „Halloween”. Ten jednak poszedł zaskakującą drogą, używając wszystkich wyświechtanych i nieświeżych pomysłów, jakie mogłyby się pojawić jedynie w parodii kina grozy. Kenan z pełną powagą stara się nas przestraszyć turlającymi się znikąd piłkami, gałęziami pukającymi podczas burzy w szyby na strychu i klaunami-laleczkami. Przyznaję, że kilka razy podczas seansu opadła mi szczęka. Nie ze strachu jednak, a z zaskoczenia, że można być tak bezczelnie wtórnym.

Można by jeszcze przeboleć kompletny brak pomysłu na scenariusz czy nieumiejętność budowania przez twórców napięcie, gdyby główni bohaterowie byli w najmniejszym stopniu pociągający. Nie tylko jednak ich los nas nie obchodzi, ale te postacie wręcz drażnią sztucznością. Są tak papierowi, że aż przezroczyści. Obsadowy koszmarek zamyka się w roli ojca granego przez skądinąd świetnego aktora Sama Rockwella, który tutaj błąka się po ekranie, nie mając pojęcia jakie środki wyrazu postaci przyjąć. Znudzony, rozdarty między ojcowskim twardzielstwem i infantylizmem wygląda jakby wziął udział w filmie za karę. Karą jest też seans tego kompletnie nieudanego remaku, ma widok którego ucieknie nawet najbardziej kozacki politergreist…

2/6

„Poltergreist”, reż: Gil Kenan, dystr: Forum Film

Autor

2 audiobooki w prezencie! Sprawdź 2 audiobooki w prezencie! Sprawdź 2 audiobooki w prezencie! Sprawdź
W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...