Nieważne, kto i kogo zabił. Ważne — komu uda się skazać wytypowanego przez siebie zabójcę. Jacek Matecki ubrał w literacką formę tę maestrię w żonglowaniu rzeczywistością, którą wykazywali się funkcjonariusze carskiej ochrany. A wszystko w ponurym chaosie warszawskich ulic po rewolucji 1905 r.
Na pozór to klasyczny retrokryminał. Jest początek XX w. i ktoś właśnie wpadł na pomysł , żeby zabić kilka żydowskich dziewczyn. Wszystko wskazuje na seryjnego mordercę — młode Żydówki giną parami, na zasadzie przeciwieństw: chuda—gruba, brunetka—blondynka, zawsze w piątek, w dodatku pierwsze litery ich imion i nazwisk układają się w pewne słowa klucze. I wszystko pewnie ułożyłoby się w typowe detektywistyczne dochodzenie, gdyby nie to, że jest rok 1909 i nikt już nie wie, co jest prawdą.
Przeciętnemu czytelnikowi data ta nie kojarzy się pewnie z niczym. I słusznie — nie nastąpiły wówczas żadne tąpnięcia historii, nie dokonano żadnego doniosłego aktu, a stary świat dogorywał spokojnie, na razie zupełnie nieświadomy tego faktu. I właśnie agonalny klimat pierwszej dekady XX w. Matecki wyczuł jak mało kto. Po rewolucji 1905 r. niedobitki dawnych bojówek partyjnych kryją się po suterenach i podwórkach, albo szykując kolejne zamachy, albo zamieniając się w pospolitych bandytów; wśród robotników bieda piszczy jeszcze głośniej niż przed rewolucją, a ochrana — ten morderczo genialny prototyp totalitaryzmów — przenikała każdą tkankę społeczeństwa. Produkowani hurtowo agenci prowokatorzy sami w końcu nie byli już pewni, czy są rewolucjonistami, czy kapusiami, resorty służb zwalczały się nawzajem, a poczucie schyłku imperium było tak powszechne, że motorem wszystkich działań było wymuszenie jak największej łapówki. I Matecki nie przesadza — źródła mówią wyraźnie, że tak jak nie istniało społeczeństwo bardziej inwigilowane niż to u schyłku carskiej Rosji, tak nie istniało państwo bardziej skorumpowane.
Matecki wie o tym świecie wszystko i odmalowuje go w najdrobniejszych detalach — począwszy od klimatu ubogich dzielnic, na mentalności popadających w schizofrenię konspiratorów, bandytów i tajnych agentów. Nawet bohaterowie mają swoje odwzorowanie z rzeczywistości. Bo czy np. tajemniczy przywódca bojówki PPS Alfa nie ma w sobie przypadkiem cech Józefa Montwiłła Mireckiego, a Marek Bier — niejakiego Michała Trzosa w rzeczywistości targanego obsesją zabicia generała-gubernatora Skałona — również pojawiającego się na tych kartach? A kto i po co zabijał? A czy ma to znaczenie? Prawda to był wówczas marny interes.
Wojciech Lada
Jacek Matecki „Prawda to marny interes” wyd. Trio
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kultura/254057-literatura-spod-lady-rok-1909-recenzja
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.