POD PRĄD. Co się dzieje po masakrze. RECENZJA Vod

Poruszający debiut reżyserski Williama H. Macy jest dopełnieniem tego co pokazał w „Słoniu” Gus Van Sant. Tym razem widzimy następstwa szkolnych strzelanin z amerykańskich kampusów z szerszej perspektywy. To dobrze opowiedziana historia próby odkupienia i poradzenia sobie z traumą, z twistem, który może wbić w fotel.

Sam (Billy Crudup) jest odnoszącym sukcesy korporacyjnym japiszonem, którego życie wali się, gdy dowiaduje się o strzelaninie na studenckim kampusie swojego syna. Po śmierci dziecka Sam odchodzi z firmy, zaczyna pić i zamieszkuje na małej łodzi przycumowanej na jeziorze. Dwa lata po tragedii dostaje od byłej żony Emily (Felicity Huffman) nieuporządkowane pamiątki po synu. W pudłach znajduje m.in. płyty CD z kompozycjami syna, co przypomina mu o jego dawnej pasji. Grając spontanicznie w barze utwory syna, spotyka młodego muzyka Quentina (Anton Yelchin), który zachęca go do założenia zespołu. Czy chłopak w jakimś stopniu wypełni Samowi pustkę po tragicznie zmarłym synu? Czy Sam jednak jest w stanie ujawnić mroczny sekret, jaki wiąże się z tragedią sprzed lat?

Znakomity charakterystyczny aktor William H. Macy, który tutaj gra epizodyczną rolę właściciela klubu muzycznego, prowadzi swoją opowieść dwutorowo. Z jednej strony jest to dosyć schematyczna, ale solidnie poprowadzona historia narodzin muzycznego bandu, a z drugiej historia odkupienia win oraz poradzenia sobie z największą jaka może człowieka spotkać tragedią. O ile relacja Sama i Quentina jest zbudowana na kalkach i nie do końca zostaje wygrana, to szczerze porusza wątek cierpienia głównego bohatera. Kapitalnie ten emocjonalny rollecoaster dopełniają napisane przez Simona Steadmana i Charltona Pettusa piosenki w duchu indie-pop. Z uwagi na to, że film ma w środkowej części znaczący twist, trudno omawiać w recenzji najważniejsze jego aspekty, więc poprzestanę na tym streszczeniu akcji.

Choć w epizodach pojawiają się tak charakterystyczni aktorzy jak Lawrence Fishburne czy gwiazda młodzieżowa Selena Gomez, cały film ciągnie na barkach Billy Crudup. Szkoda, że Hollywood tak rzadko dziś eksploatuje tego świetnego aktora, który w „Wielkiej rybie” Burtona, „U progu sławy” Crowe’a czy „Krainie Hi-Lo” Frearsa wyciskał z postaci więcej niż oferował scenariusz. Sam w jego ujęciu bardzo powoli dojrzewa do oczyszczenia. Nie pozwala eksplodować erupcji bólu. Czy dlatego by samemu się ukarać za zaniechania w roli ojca? Czy może boi się zetknięcia z najpotworniejszym cierpieniem? Jego była żona radzi sobie z bólem inaczej. Zakłada nową rodzinę i rodzi dziecko. Wykrzykuje mu w końcu w twarz, że musi zaakceptować, iż ich zmarły syn istniał. Crudup w roli rozbitego psychicznie faceta nie szarżuje. Jego kamienna twarz na stypie jest drażniąco sztuczna. To jednak tylko poza, która w kulminacyjnym punkcie rozsypuje się w drobny mak. Rola Crudupa zamyka się w ostatnim ujęciu kamery filmującej z bliska jego twarz. Twarz ojca, który musi pogodzić się nie tylko ze stratą dziecka, ale również z czymś o wiele trudniejszym. Crydup delikatnym grymasem spina całą postać, i choćby dla niego ten skromny, niezależny film warto zobaczyć.

4,5/6

Łukasz Adamski

„Pod prąd”, reż: William H. Macy. Film dostępny od 14 kwietnia na cineman.pl

tytuł
tytuł

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Autor

Wesprzyj telewizję wPolsce24! I naszą misję - dziennikarstwo śledcze Wesprzyj telewizję wPolsce24! I naszą misję - dziennikarstwo śledcze Wesprzyj telewizję wPolsce24! I naszą misję - dziennikarstwo śledcze

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych