Między wstrętem a fascynacją – czyli o tym, czy wolno czytać literaturę złych ludzi. ESEJ

Dobro i zło to niełatwe kwestie. Sam podział budzi kontrowersje. Jedni twierdzą, że nic jest dobre, nic jest złe, gdyż wartości te są względne, lub zmieszane ze sobą. Żeby operować pojęciem dobra i zła trzeba przyjąć kontekst i zgodzić się na założenie o dwuwartościowości. Albo, albo, tertium non datur. Jest o tyle problematyczne, że jeżeli zejdziemy z gruntu logiki (gdzie zdanie może być albo prawdziwe, albo fałszywe) i przejdziemy na codzienność (gdzie będziemy mówili o tym, że coś jest albo dobre, albo złe), to wchodzimy w strefę pełną niepewności. Zdroworozsądkowo jest przyjąć, że nikt z nas nie jest do końca zły, ani do końca dobry. Możemy przychylać się do różnych stanowisk. Możemy założyć, że rodzimy się dobrzy, ale z potencjałem ku złu.

Możemy twierdzić, że jesteśmy jako ta tabula rasa, tablica czysta, bez inklinacji w którąkolwiek ze stron. Zdań jest wiele i nie ma sensu bawić się w konstruowanie zawiłych teorii filozoficznych na temat natury ludzkiej. Szarość jest dzisiaj popularna. Dominuje przeświadczenie, że wszystkie wartości są subiektywne, że każdy nosi w sobie i dobro, i zło, przez co, tak naprawdę, jest szary. Ani czarny, ani biały. Nie jest to głupie założenie. Trudno wskazać palcem na człowieka i go potępić ot tak, po prostu. Z drugiej, nikt nie wskaże na Hitlera, Pol Pot czy bojowników Państwa Islamskiego i nie powie: tak, oto źli ludzie. Tylko: co to znaczy być złym człowiekiem? Ile osób trzeba zabić, żeby zyskać to miano? Jedną? A co, jeżeli przyjmiemy, że płód też jest człowiekiem? Wówczas ludzi złych jest znacznie więcej. A co czyni człowieka dobrym? Zdolność do kochania? Dobry uczynek? W takim wypadku każdy, nawet Pol Pot czy Hitler, będą choć trochę dobrzy. Zastanawianie się w ten sposób przypomina trochę paradoks łysiny. Ile włosów musi wypaść, żeby uznać, że zaczynamy łysieć? Jeden? Osiemnaście? Tysiąc? Przyjmijmy, że to nie ludzie a ich czyny mogą być albo dobre, albo złe.

Proszę wybaczyć rozbudowany wstęp, ale chcę poruszyć temat, który dla mnie łatwy nie jest. Otóż: zrobiła na mnie wielkie wrażenie książka człowieka, z którym absolutnie i za żadne skarby nie mogę się zgodzić. W rozmowie na jej temat padło stwierdzenie: Czy gdyby nazista napisał świetną powieść, to czy byś ją przeczytała? Odpowiedziałam, że tak. Dopiero potem pomyślałam o kwestii odpowiedzialności. Dla starożytnych najwyższą walidacją filozofii była gotowość do życia i śmierci według jej zasad. Sokrates, który do końca pozostał wierny temu, co głosił, został postawiony na piedestale. Erazm z Rotterdamu, wiele setek lat później, z trudem powstrzymuje się od okrzyku Święty Sokratesie, módl się za nami. Nie tak dawno temu przeprowadzałam wywiad z pewnym krakowskim artystą na temat walidacji sztuki. Powiedział, że najwyższą jej formą jest życie artysty.

Zachar Prilepin, wokół którego wciąż krążę, reprezentuje sobą to, co niepokoi moralnie. Po pierwsze jest aktywnym działaczem partii narodowo-bolszewickiej. Po drugie, w trakcie wojny czeczeńskiej, był kapitanem OMONu. Jak wiadomo, czarne berety wsławiły się zbrodniami na ludności cywilnej. W Patologiach, książce, która zrobiła na mnie tak duże wrażenie, Prilepin bez zająknięcia przyznaje się do tych zbrodni. Giną kobiety, giną mężczyźni, egzekucje są krwawe, a okrucieństwo nie ma swojego uzasadnienia. Chyba, żeby szukać go w lęku. Ale o tym później.

O czym są Patologie? O jakimś czasie spędzonym w Groznym przez żołnierza specnazu. Jegor Taszewski wraz z oddziałem pije, strzela, morduje, wspomina dzieciństwo i kobiety. Świat tonie w brudzie, błoto sączy się wszędzie, a rzadkie momenty słońca i radości szybko przeradzają się w koszmar. Wojna w Czeczenii, widziana oczami Taszewskiego, który chyba nie do końca ją rozumie, składa się  z poszczególnych incydentów, a leit motivem jest strach. Jego kumulacja prowadzi do wybuchu: zaszczuty jak pies, człowiek pęka psychicznie i reaguje agresją. Pakuje kilkadziesiąt kul w trupa, zamienia ciało w krwawą pulpę i z pozorną beznamiętnością odchodzi z miejsca zbrodni.

Początkowe sukcesy oddziały Taszewskiego szybko przeradzają się w koszmar. Oblężeni w rozlatującym się budynku szkoły, atakowani z wielu stron, rozrywani moździerzami, granatami, obsypani tynkiem, brudni, śmierdzący, przerażeni, chleją resztki wódy, mordują i są mordowani. Ostatnie rozdziały przypominają świetne sceny walk ulicznych w Black Hawk Down. Tytułowe Patologie to fikcja. Autor rzekomo stawia pytanie o cienką czerwoną linię, która ma rozgraniczać moralny obowiązek żołnierza, jakim jest obrona kraju (z perspektywy Kremla, z perspektywa Rosjanina, wojna o Czeczenię, to wojna w obronie Mateczki Rosji) i zbrodnię. Owej linii demarkacyjnej nie widać, bo to, co dominuje, to zwierzęcy, śmierdzący potem i wódką strach. Ci, którzy charakteryzują powieść Prilepina określeniem męska nie do końca wiedzą chyba, co czynią. Po pierwsze – co to w ogóle znaczy, że dany utwór literacki jest męski lub damski? Łysina, wszędzie łysina. Po drugie: nawet jeżeli uznać, że męska znaczy mocna, szczera i pełna walk, to Patologie sięgają trochę głębiej. Głębiej, ponieważ – celowo lub przypadkiem – Prilepin tworzy świetne, wstrząsające studium lęku. Inaczej niż antywojenne tchórzostwo Celina z Podróży do kresu nocy, który wciąż mówi o tym, jak bardzo się boi, Prilepin opisuje lęk, zarówno na poziomie odczuć (moje ciało, to moje ciało, które za raz może być rozszarpane – każdy, kto stanął kiedyś w obliczu strasznej śmierci zna aż zbyt dobrze tę chaotyczną, szaloną narrację, która rozgrywa się w głowie. Dla mnie to była groźba ciężkiej, wiosennej lawiny, kilometrowy zjazd w lepiej brei aż do stóp góry. Moje płuca, moje płuca, pełne śniegu), fizjologii (ból żołądka, suchość ust, łzawienie oczu, etc.), czy wreszcie reakcji psychicznej (pęknięcie i przemoc). Ów lęk jest tak namacalny, że nie sposób go nie poczuć – w postaci echa, pogłosu, wspomnienia. Brutalnie atakuje wrażliwość czytającego. I stawia trudne pytania, bo kiedy myślimy o zbrodniach wojennych, myślimy o nazistach, którzy z zimną krwią, w myśl uduchowionych kazań Himmlera, dokonują metodycznego zła, i zapominamy o tym, jak niezwykle potężnym motorem do działań jest lęk.

tytuł
tytuł

Nie chodzi o to, że lęk usprawiedliwia. Mimo, iż zarówno polskie prawo karne przewiduje pewne okoliczności, w których odpowiedzialność karna jest wyłączona (np. gdy przekroczenie granic obrony koniecznej było wynikiem strachu lub wzburzenia usprawiedliwionych okolicznościami zamachu sąd występuje od wymierzenia kary), mimo iż Kodeks Kościoła Katolickiego przewiduje zmniejszenie odpowiedzialności samobójcy (Ciężkie zaburzenia psychiczne, strach lub poważna obawa przed próbą, cierpieniem lub torturami mogą zmniejszyć odpowiedzialność samobójcy, KKK 2282), to i tak trudno rozgrzeszyć winnego. Prilepin – i chwała mu za to – nie szuka usprawiedliwienia. Koledzy zabijają, Jegor Taszewski przyjmuje ich z otwartymi ramionami. Rozumie tę konieczność. Sam jej doświadcza.

Oprócz studium lęku, Prilepin serwuje powieść, którą czyta się tak, jak ogląda się solidny film akcji. Dynamiczna, pełna obrazów, ciekawa, napisana z pewną dozą lekkości, która pozwala mu bezkarnie mieszać retrospekcja z chwilą bieżącą. Gra kontrastów – Jegor ucieka pamięcią do byłej dziewczyny, do zmysłowości zakochania i cielesności obcowania dwojga ludzi – skupia się na ciele. Raz jest ono adorowane, innym razem wystawiane na zniszczenie. Jest dziwnie mocna, bo na co dzień nasza świadomość ciała ulega pewnej fragmentaryzacji. Tak bardzo zżyliśmy się z ciałem, że posiadanie dłoni, które myjemy, którymi obieramy pomarańcze ze skórki, którymi dotykamy wszystkich przedmiotów, jest pewną oczywistością, na którą nie zwraca się uwagi. Potężna świadomość ciała, z braku lepszego określenia na ten stan, która towarzyszy osobom, których ciało jest zagrożone (inaczej niż choroba, przemoc fizyczna jest poniekąd uzewnętrznieniem naszej wewnętrzności, brudna bomba czy granat sprawiają, że to, co wewnątrz, wydostaje się na zewnątrz i to budzi w nas atawistyczny sprzeciw), przypomina czytelnikowi o kruchości tego, do czego tak się przyzwyczaił.

Fabuła, opisy i wnikliwość – te trzy są szalenie istotne, jeżeli idzie o ocenę powieści. Proza powinna nas poruszyć. Pojawia się więc pytanie: czy powinna nas prowadzić ku górze, w stronę moralności, światła i dobra, czy może eksperymentować, pokazywać różne odpryski świata i zmuszać nas do konfrontacji z obszarami, które są nam obce. Osobiście przychylam się do opcji numer dwa. Nie uważam, że warto szukać zła, ale wierzę, że warto słuchać zbrodniarzy. Za każdą chorą ideologią kryje się człowiek i jego nieprzebrana głębia. Wiem, że tym samym wystawiam się na zarzuty.

Pierwszym zarzutem, który usłyszałam – broniąc tej książki – było: kupując książkę, wspierasz tego faceta. Owszem. Po namyśle stwierdzam, że Wydawnictwo Czarne wydając Patologie i ja nabywając je, wysłaliśmy Prilepinowi trochę pieniędzy do kieszeni. Z drugiej strony, warto zapytać: co wspieram? Reżim Putina? OMON? Czy faceta, który był jego oficerem? Który jest pisarzem? Tak naprawdę, nie wiadomo.

Drugi zarzut można mi postawić w ten, mniej więcej sposób: po co czytać taką literaturę? Czytanie o złu nie ma sensu. Ba, powoduje otwarcie na zło. OK, to nie brzmi głupio. Przyznam, że moją naczelną wadą lub zaletą, w zależności jak na to spojrzeć, jest ciekawość. Oglądanie świata cudzymi oczami mnie fascynuje. Patologie są ważne jako studium lęku i tego, co się czai na granicy. Jeżeli ktokolwiek zastanawia się dlaczego, przykładowo oczywiście, nad naturą okrucieństwa, nad jakimś jego aspektem (bo trudno byłoby się wykłócać, że okrucieństwo to tylko pochodna lęku, dobrze wiemy, że tak nie jest), to warto sięgnąć po Patologie. Chociażby po to, żeby poznać coś nowego.

Czy gdyby nazista napisał świetną książkę, to byś ją przeczytała? A bojownik Państwa Islamskiego? Tak. Mając cały czas na uwadze kim jest autor i jak bardzo się nie zgadzam i jak źle oceniam jego czyny, to przeczytałabym. Od moralności nie da się abstrahować. Prędzej czy później tożsamość autora przesączy się przez papier, nieważne jak ojcowie postmodernizmu i nowej krytyki literackiej odcinają autora od dzieła, to, co jest tworem człowieka, nosi w sobie jego znamię. Nie zmienia to jednak faktu, że chyba ważnym jest ujrzenie świata oczami drugiej strony. Czym innym jest zło, a czym innym zły uczynek – w tym sensie, w którym człowiek ani jego czyn nie jest Złem Osobowym, nie jest bytem ontologicznie złym (w takim sensie, w jakim szatan jest w chrześcijaństwie Złym), dlatego też argument o szukaniu zła wytraca trochę impet.

Na pytanie, które postawiłam w tytule nie umiem odpowiedzieć. Inaczej czyta się Patologie, inaczej Pieśni Maldorora, inaczej Łaskawe, z inaczej pewnie czytałoby się „kazania” Himmlera, Mein Kampf, czy Cytaty z dzieł Przewodniczącego Mao (abstrahując już od ich odmiennej od powieści natury). Można przyjąć – i będzie to uczciwe – że należy przyjąć odpowiedzialność za lekturę. Jeżeli bierzemy do ręki coś, co budzi nasze wątpliwości moralne, warto zrobić z pełną świadomością. Mieć w świadomości osobowość i tożsamość autora – może i bez czytania bez jego pryzmat, ale wiedząc, z kim ma się do czynienia. Czy lektura jest przyjęciem odpowiedzialności za cudze czyny? Wątpię. Tak samo, jak nie zgadzam się z założeniem Camusa, według którego bycie świadomym złu i nie przeciwstawianiem się mu, oznacza w nim uczestniczenie – jest ono dla mnie o tyle niemożliwe, że prowadzi do potępienia samego siebie (tak, wiem, że Państwo Islamskie spaliło dwudziestosześciolatka w metalowej klatce – czy jestem też temu winna?), tak samo sądzę, że póki nie gloryfikuje się jakichś postaw i nie wyrusza ze sloganem w świat, póki zachowuje się dystans i świadomość tego, co się robi, można czytać książki „nieprzyjaciół”. Tekst ten nie ma na celu przekonywać nikogo do mojego stanowiska. Co więcej, dodam bez bicia, sama mam miliard wątpliwości. Chodziło mi tylko i wyłącznie o przedstawienie pewnego problemu. Kiedy stajemy twarzą w twarz z czymś, z czym nie możemy się zgodzić, a co jednak jest w jakiś sposób autentyczne i robi na nas wrażenie – uważamy, że coś jest technicznie dobre – stajemy przed dylematem. Czy to dylemat moralny, czy światopoglądowy – trudno powiedzieć. Ale dobrze jest wątpić, dobrze jest szukać – i dobrze jest debatować.

Ola Koehler

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!

Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.

Autor

Wspieraj patriotyczne media wPolsce24 Wspieraj patriotyczne media wPolsce24 Wspieraj patriotyczne media wPolsce24

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych