MOEBIUS. Nieśmiertelny major Grubert. RECENZJA

Dzięki inicjatywie wydawnictwa Egmont możemy od niedawna zapoznać się z absolutnym „top of the tops” sztuki komiksowej w cyklu „Kanon komiksu”. Jednym z nich jest „Garaż hermetyczny” francuskiego twórcy Moebiusa (pseudonim zmarłego w 2012 roku Jeana Girauda) powstały pod koniec dekady lat siedemdziesiątych. Moebius narysował także między innymi mistycznego „Incala” (do scenariusza Alejandro Jodorowsky’ego) czy „Blueberry’ego” (scenariusz Jean-Michel Charlier), najsławniejszy komiksowy europejski western.

„Garaż…” obecnie uznawany za arcydzieło i kamień milowy powstał na zupełnym luzie i niejako przypadkiem, Giraud nie „celował” w arcydzieło. Powstał wręcz awangardowy anty-komiks, dziś cieszący się nimbem klasyki. Z pewnością nie jest to komiks dla każdego, a i sam nie od razu wszedłem w konwencję specyficznej, surrealistycznej i postmodernistycznej fantastyki – pełno tu „pól antyczasu”, „impulsów tynicznych”, „zmutowanych obwodów chromatycznych” i tego typu rzekomych oczywistości, o których nie dowiemy się niczego. Tysiąc lat temu toczyły się w tym świecie „wojny aeronautyczne”, a rzeczywistość ma trzy poziomy (co najmniej, nie licząc stref pośrednich), choć większość akcji toczy się na poziomie drugim. Sypie się spójność tego uniwersum, bohaterowie trafić mogą do innych światów (np. rodem z westernu), zmieniać płeć (kilkakrotnie musiałem się upewniać, że pani ze strony 95 była wcześniej panem inżynierem), a zabici okazują się „na szczęście” robotami. Główna postać, czyli posiadający sekret nieśmiertelności major Grubert wygląda zazwyczaj jak archetypiczny podróżnik z epoki kolonialnej, taki Indiana Jones bardziej retro, ale okazuje się też być twórcą tego świata (mowa jest „imperium Gruberta”), a fabuła krąży dookoła konfrontacji tegoż z Jerrym Corneliusem i intrydze złych Bakalitów.

tytuł
tytuł

Jest to science fiction surrealistyczna i silnie nacechowana piętnem osobowości twórcy. Wówczas metatekstowe zabawy nie były takie częste, Moebius bawi się samą formą komiksu w odcinkach (w takiej formie najpierw ukazywał się we francuskim „Metal Hurlant”), bawi się winietami, streszczeniami, miesza różne style – od skrajnie uproszczonych i karykaturalnych do realistycznych. W każdym przypadku odnosi się wrażenie, że twórca komiksu jest na tyle dobry w tym, co robi, że rysuje komiksowe kadry lewą ręką z zamkniętymi oczami, choć w rzeczywistości tworzył tylko 2-4 plansze na miesiąc, mając w pamięci niedawne doświadczenia z grzybkami halucynogennymi i marihuaną. Ciekawe, że język kosmitów „tłumaczy się” w przypisach na… inny język kosmitów (jedne znaczki tłumaczone na inne znaczki) – co ma zapewne oznaczać powszechne niezrozumienie się kogokolwiek w duchu egzystencjalizmu. Chcecie czytelnych fabuł i uniwersów o jasnych zasadach? W takim razie nie macie czego szukać w tym komiksie. Chcecie komiksu autorskiego, zindywidualizowanego, przecierającego nowe szlaki – wówczas „Garaż” jest dla was.

Finał „Garażu” też raczej nie był zaplanowany, gdy „bossem” okazuje się jedna z drugorzędnych postaci. Kiedy nie ma ograniczeń w twórczej ekspresji i wszystko może się zdarzyć, wówczas nadmierne doszukiwanie się ładu i porządku nie ma większego sensu – dzieło takie ma z założenia wpędzać w konfuzję. Czasem przynosi do dobre efekty, ale raczej wychodzę z niepopularnego założenia, że to ograniczenia, a nie „wszystkoizm” częściej służą sztuce. Co ciekawe, ten igrający z przyzwyczajeniami czytelników komiks, tak bardzo europejski i tak bardzo nieamerykański, był bardzo dużym sukcesem właśnie w Ameryce… Obecne wydanie opiera się na pokolorowanej na potrzeby tamtego rynku wersji. Cóż, dziś nie stwarza wrażenia takiego nowatorstwa, a w odbiorze jawi się nazbyt hermetyczny, jakby zgodnie z tytułem – niemniej dla fanów komiksu lektura obowiązkowa i kanoniczna.

Moebius (Jean Girard), Garaż hermetyczny (Garage hermétique). Przekład: Maria Mosiewicz. Egmont, Warszawa 2014.

4+/6

Sławomir Grabowski

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...