BIRDMAN. Superbohater (?) na deskach teatru życia. RECENZJA

„Birdman” Alejandro Gonzáleza Inárritu obok „Grand Budapest Hotel” Wesa Andersona zdobył w tym roku 9 nominacji do Oscara, co dowodzi, że autorskie i robione w prawdziwie niezależnym duchu kino jest coraz mocniej cenione w Hollywood. Jest więc szansa, że błyskotliwy twórca „Babel”, „21 gramów” czy „Biutiful” zostanie w końcu doceniony najbardziej pożądaną przez filmowców nagrodą. Lapidarnie streszczając film można napisać, że opowiada o przebrzmiałym celebrycie i zapomnianym aktorze Rigganie Thomsonie ( Michael Keaton), który zyskał niegdyś sławę dzięki roli superbohatera. Teraz zaś próbuje wystawić na Broadwayu adaptację Raymonda Carvera. Nikt jednak nie wierzy w sukces starzejącego się, zamkniętego w najtańszej formie popkultury celebryty. Tej wiary nie ma nawet jego córka Sam ( Emma Stone) czy ex żona Tabitha (Lindsay Duncan). Co jednak najistotniejsze- od sztuki odrywa go wewnętrzny głos Birdamana, czyli herosa, który dał mu w latach 90-tych sławę.

Obsadzenie w głównej roli Keatona, który triumfował ćwierć wieku temu u Tima Burtona jako Batman, jest nie jest tylko mrugnięciem okiem do widza. Zapomniany w ostatnich latach równie mocno jak filmowy bohater Keaton sięga bardzo głęboko do własnych przeżyć, co jeszcze ten przedziwny labirynt Inárritu pogłębia. Keaton perfekcyjnie obnaża przed widzem nie tylko wnętrze sfrustrowanego brakiem sukcesów artystę, ale też ciało aktora, które w kontekście grania niegdyś umięśnionego herosa wygląda dziś żałośnie. Prześladowany przez alter ego, które nie pozwala mu zapomnieć o przeszłości, Thomson pragnie jednego. Chce uznania i pozostawienia po sobie czegoś więcej niż tylko roli w filmie akcji. A może to po prostu pragnienie miłości a nie samej sławy? Inárritu wychodzi poza prostą historię przebrzmiałego gwiazdora z Hollywood, który odradza się na Broadwayu. „Birdman” to ostra satyra na cały show biznes, symbolizowany nie tylko przez pazernego producenta Jake’a (Zach Galifianakis) i niestabilną emocjonalnie aktorską trupę zebraną przez Thomsona, ale również dyktaturę mediów społecznościowych.

Warto zwrócić uwagę na świetną drugoplanową rolę Edwarda Nortona ( nadzieja kina lat 90-tych też nas ostatnio nie rozpieszcza) jako zmanierowanego i irytującego gwiazdorka z Hollywood. Norton symbolizuje wszystko przed czym Thomson chce uciec, ale jednocześnie jest tym za czym tak bardzo tęskni. Czy można egzystować w takim zawieszeniu? Inárritu perfekcyjnie rozwija tą postać, zamykając w niej całą butę i jednoczesną tragedię plastikowego Hollywoodu.

Nagrodzony Oscarem za „Grawitację” Emmanuel Lubezki znów zasługuje na najwyższy podziw. „Birdman” jest bowiem niemal pozbawiony montażowych cięć. To film skręcony jednym pociągnięciem kamery! Taki zabieg wymaga od całej ekipy morderczo skoordynowanej pracy. W tym filmie wręcz widać w tle choreografie, zamieniającej go w coś na kształt teatralnego spektaklu. Jest to realizacyjny majstersztyk, który przebija najlepszy „jednoujęciowe” tricki Scorsese czy pracę Hitchcocka w „Sznurze”. I co najważniejsze- ten zabieg nie jest pustą błyskotką, ale perfekcyjnie ukazuje psychikę Thomsona. Inárritu płynnie bowiem przechodzi od realizmu, do magii. Łączy ze sobą świat fikcji i rzeczywistości, w końcu nie dając ostatecznej odpowiedzi, który z nich jest „tym” jedynym. To „zawieszenie” jest bardzo niepokojące jak na komediodramat, jaki Meksykański twórca pierwszy raz w swojej karierze pokazuje.

Ma wielką nadzieję, że Akademicy będą mieli na tyle mocne cojones by nagrodzić główną nagrodą najlepszy w karierze Inárritu obraz kosztem choćby przecenianego „Boyhood”. Zachwycające dzieło.

5/6

Łukasz Adamski

„Birdman”, reż: Alejandro Gonzáleza Inárritu, dystr: Imperial - Cinepix

Autor

2 audiobooki w prezencie! Sprawdź 2 audiobooki w prezencie! Sprawdź 2 audiobooki w prezencie! Sprawdź
W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...