Wiadomo, o kim mowa: marszałek ZSRS, dwukrotny Bohater Związku Sowieckiego, wybitny dowódca czasów II Wojny Światowej. W Polsce, z racji posiadania prawie pionowych brwi, znany z ludowego przydomku „Zdziwiony”. Człowiek, który uosabiał nie tylko wasalną pozycję powojennej Polski, ale też cały fałsz słowiańskiego braterstwa narodów rosyjskiego i polskiego. Jako postać historyczna, czyni to nadal.

Boris Sokołow, wydaną właśnie książkę otwiera sloganem o „marszałku dwóch narodów”, pisząc jednocześnie, że „polskość” Rokossowskiego bywała dla niego raczej ciężarem („Nie raz z goryczą powtarzał, że w Rosji uważa się go za Polaka, a w Polsce za Rosjanina” [s. 5]). On sam chyba dość wcześnie dokonał wyboru: urodzony w Wielkich Łukach, ochrzczony w obrządku prawosławnym, „Konstanty uważał siebie za Polaka, ale jeśli chodzi o język i wiarę czuł się Rosjaninem” [s. 29]. Należy wyjaśnić, że najpóźniej od 1917/18 r. pod terminem „wiara” rozumieć należy tu materializm dialektyczny. Rokossowski należał bowiem do tych wojskowych, którzy w armii carskiej zakładali sowiety i przeganiali białych oficerów, a w 1919 r. wstąpił do partii bolszewickiej (późniejszej KPZR).

A przecież nie ma wątpliwości, że wybór istniał. Poświadcza to chociażby świadectwo kuzyna Konstantego, Franza Rokossowskiego, który porzucił szeregi carskiej armii, i zasilił powstający na Białorusi Legion Polski [s. 35]. Wygląda więc na to, że jeśli faktycznie Konstanty Rokossowski „uważał się za Polaka”, to wyłącznie w takim sensie, w jakim np. Stalin uważać się mógł za Gruzina.

Niemniej „polskość” Rokossowskiego stanowiła fakt, a jako taki, była bodaj jedynym konkretnym zarzutem, pod którym został on w 1937 r. aresztowany przez NKWD. I najpewniej to właśnie „polskość” sprawiła, że nie mógł w maju 1945 r. pełnić roli zdobywcy Berlina. Stolicę nazistów pognębić mógł wyłącznie ktoś o nieposzlakowanym, rdzennym rodowodzie Wielkorusa. Czyli Gieorgij Żukow.

Żukow ciążył nad Rokossowskim niczym fatum. Pierwotnie był podwładnym Rokossowskiego, ale uniknąwszy więzienia w okresie Wielkiej Czystki, przeskoczył go w awansach, a potem usunął w cień w mitologii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, i w ogóle całej sowieckiej (i nie tylko) historiografii wojennej. Z drugiej strony, wspomnieć należy, że Generalissimus Stalin, zazdrosny o wojenną sławę Żukowa, nie pozwolił mu na dowodzenie moskiewską defiladą zwycięstwa w czerwcu 1945 r. Defiladę poprowadził właśnie Rokossowski.

Homo sovieticus w przypadku Rokossowskiego najdobitniej przejawia się w związku z jego historią więzienną. Tak jak większość korpusu oficerskiego ZSRS, został on aresztowany przez NKWD w latach Wielkiego Terroru. Spędził w więzieniach 2,5 roku, bito go i maltretowano, w tzw. śledztwie stracił zęby. Trzeba przyznać, że i tak miał sporo szczęścia, bo przeżył. Nie wysłano go też do łagru, nie wytoczono procesu. Nie musiał się więc publicznie upokarzać. Śledztwo skończyło się tak samo niespodziewanie, jak się rozpoczęło: zwolniony w marcu 1940 r., dwa miesiące później został awansowany na „generał - majora” i postawiony na czele korpusu.

Z tego okresu pochodzi legenda, jakoby Stalin osobiście przeprosił Rokossowskiego za uwięzienie. Sam Rokossowski miał być wdzięczny Stalinowi za „wyciągnięcie z więzienia” [s. 7], chociaż przecież nikt inny nie mógłby go tam wsadzić. Jeżeli to prawda, to wolno w Rokossowskim dostrzec kliniczny przypadek komunistycznej schizofrenii. Swoją poniewierkę wymazuje z pamięci, pozostając oddany bez reszty krwawemu satrapie, jej sprawcy.

Jednocześnie przyszły marszałek nie sprawiał wrażenia człowieka złamanego. Zachowane źródła potwierdzają godne zachowanie podczas bestialskiego śledztwa – Rokossowski nikogo nie wsypał, do niczego zdrożnego się nie przyznał. Co więcej, nie stracił żadnej z cech, które in plus odróżniały go od przeciętnej właściwej dla sowieckiego korpusu oficerskiego. Dla polskiego czytelnika nie musi brzmieć to wiarygodnie, ale za Rokossowskim ciągnęła się fama człowieka szarmanckiego, przystojnego, skromnego i … ludzkiego. Było zjawiskiem niezwykłym w sowieckiej armii, że oficer nie posuwa się do bicia podwładnych, nie wymyśla im, nie wygraża rozstrzelaniem (a przynajmniej nie jest to postawa rutynowa). Więcej, wg Sokołowa, Rokossowski unikał jak mógł bezsensownych, płatnych krwią manewrów na polu walki, w których tak lubował się Żukow. Rokossowski po wyjściu na wolność zachował osobistą odwagę oraz samodzielność sądów wobec przełożonych – wszystko to, oczywiście, w sowieckiej skali. Nie był impregnowany na małość: w 1957 r. przyłączył się do zmasowanej krytyki Żukowa (zarzut: „bonapartyzm”). Milczenie ws. zbrodni Stalina za życia satrapy łatwo wytłumaczyć, ale Rokossowski przeżył go o lat 15 i trudno inaczej niż „dwójmyśleniem” nazwać metodę, którą marszałek przyjął wobec swoich własnych przeżyć.**

Nie jest możliwe, żeby więzienna trauma nie zrobiła na Rokossowskim wrażenia, jednak poza dosłownie pojedynczymi przypadkami, nie wspominał o niej nawet najbliższym.** Istnieją mimo to przesłanki, że marszałek dobrze zapamiętał tę lekcje. Zapytany przez dorosłą już córkę, dlaczego nigdy nie rozstaje się z bronią, miał powiedzieć: „jeśli znów po mnie przyjdą, żywym mnie nie wezmą” [s. 76]. I raczej nie o kapitalistycznych interwentów mu szło.

W Polsce wciąż niewiele można o Konstantym Konstantynowiczu Rokossowskim przeczytać, tym gorzej wypada konstatacja o dziele Borisa Sokołowa jako obciążonym wieloma słabościami. Trudno orzec np., dlaczego autor upiera się przy Warszawie jako miejscu urodzenia Rokossowskiego, chociaż informacja ta jest równie prawdziwa, co wiadomość o Lublinie jako miejscu powstania sławetnego Manifestu PKWN. Nie jest dla mnie jasne, czy za nieporadność językową i liczne błędy nomenklaturowe odpowiada on, czy tłumacz książki. Tak, czy inaczej, irytujące pozostaje czytanie o PRL jako „Polskiej Republice Ludowej”, Rokossowskim jako „zastępcy premiera”, Moskwie jako „stolicy Sowietów” , itd. Nie da się również obronić konstrukcyjnych słabości książki. Należą do nich długaśnie, ciągnące się całymi stronami, często niewiele wnoszące cytaty oraz np. szczegółowe opisy ruchów wojsk pozbawione jakiegoś istotnego związku z osobą Rokossowskiego

Dla Polaków Rokossowski pozostaje interesujący jako dowódca stacjonujących w naszym kraju wojsk sowieckich (1945-1949), minister obrony narodowej rządu polskiego, jego wicepremier, a nadto, m.in. poseł na Sejm PRL. Jest to jednak opowieść na inną okazję, podobnie jak refleksja nad tymi nosicielami polskich rodowodów, którzy tak dobrze znaleźli się w sowieckim uniwersum, grając niekiedy role wybitne (Dzierżyński, Luksemburg, Wasilewska, nie szukając dalej).

Mariusz Korejwo

Rokossowski, Wydawnictwo Poznańskie

tytuł
tytuł