JAK DAWNIIEJ LECZONO. Medycyna w stylu gor. RECENZJA

Niedawno obejrzany film „Medicus” wpędził mnie w zdumienie swoją jednostronnością – oto europejskie średniowiecze pokazane tam zostało jako czasy niesamowitej ciemnoty, kiedy to medycyną musieli się parać jako tako światli wędrowni cyrulicy. Za to to perski Ibn Sina (Awicenna) reprezentował wówczas taką mądrość, że dzisiejsi postępowi Europejczycy powinni czym prędzej udać się w pielgrzymkę do Mekki w workach pokutnych.

Nathan Belofsky w książce „Jak dawniej leczono” nie zostawia na dawnej medycynie suchej nitki, tropiąc niesamowitą głupotę i szarlatanerię połączone z ogromną pychą. Co ważne nie ogranicza się do średniowiecza – starożytność była równie ciemna, podobnie zresztą renesans, a okres „medycyny heroicznej”, datowany przez niego mniej więcej na XIX wiek, opisuje jako czas, gdy „myśl medyczna osiągnęła najniższy poziom rozwoju od czasów Hipokratesa”, co tym bardziej zdumiewa, że co nieco już wiedziano. Medycyna odzyskała rozum (choć nie do końca) dopiero w XX wieku, o czym powinni pamiętać zwolennicy dawnych metod leczenia, rzekomo „zdrowszych”. Ludzie nie umierali na raka, bo mało kto dożywał wieku, by w ogóle na niego zachorować. Dla autora alternatywą nie jest medycyna niekonwencjonalna, ale racjonalna – dziś coraz bardziej niemodna, ludzie przestali lekarzom ufać i szukają rad u różnych lekarskich guru.

Belofsky tropi medyczne absurdy z radością miłośnika czarnego humoru i makabry. Starożytni Egipcjanie leczyli zaćmę, posypując oczy rozgrzanym tłuczonym szkłem. Grecy wypalali hemoroidy, co swoją drogą miało być lekarstwem na… zakochanie. Nawet wspomniany Ibn Sina uważał je za chorobę (nie tylko on jeden, uważano tak gdzieś do dziewiętnastego wieku), jedną z odmian „melancholii”, czyli depresji. Później za chorobę uważano… nostalgię, czyli „tęsknotę za krajem lat dziecinnych”. W średniowieczu kauteryzowano rozgrzanym prętem, by tamować krwotoki i generalnie „poprawiać samopoczucie”. A od wędrownych cyrulików (takich jak w filmie) uciekano, bo ci leczyli kauteryzowali dziury po wyrwanych zębach i kazali przepłukiwać usta roztopionym złotem. Kiłę leczono spożywaniem czekolady z… rtęcią. W czasach „medycyny heroicznej” upuszczanie krwi całymi litrami było uniwersalnym lekarstwem na wszystko (i przyczyną śmierci George’a Washingtona). Lekarz miał być obowiązkowo, z racji wykonywanego zawodu, chodzić w fartuchu poplamionym krwią – rankiem zajmował się zarażonymi, a po popołudniu odbierał porody, nie przejmując się specjalnie higieną. Wierzono w dobroczynne skutki uderzenia pioruna czy porażenia przez węgorze elektryczne.

Zdumiewa, że postęp medyczny był zatrzymywany na setki lat z powodu ignorowania dostępnych, rewolucyjnych wynalazków – pierwsze mikroskopy Leeuwenhoeka z XVII wieku zignorowano kompletnie, kleszcze położnicze przeleżały dwa stulecia w ukrytej skrzyni, a wynalazca penicyliny (Alexander Fleming) trzymał ją dziesięć lat na półce. Wynalazków czasem nie doceniali ich twórcy, a czasem bojkotowało ich otoczenie, jak w przypadku Ignaza Semmelweisa, wynalazcy antyseptyki. A autorytetom zdarzało się błądzić okrutnie, począwszy od „czterech humorów” Hipokratesa poprzez Leonarda da Vinci, który wierzył, że żaby, nietoperze i ryby pochodzą od gwiazd. Głupota nie ominęła też wieku XX, zwłaszcza gdy freudowska psychoanaliza brała się za medycynę (przykładem bajdurzenia Freuda o przyczynach jąkania, wynikającego rzekomo z dziecięcej potrzeby zaspokajania oralnego popędu seksualnego, czyli ssania sutka – czasopismo psychoanalityczne z 1999 roku łyka to jak Biblię).

Myślenie magiczne bynajmniej nie skończyło się ze średniowieczem – jeszcze na początku XX wieku podręcznik dla położników uznawał, że wrażenia wzrokowe doznawane przez matkę wpływają na kształt płodu (jeśli matka w ciąży je rybę – dziecko może mieć „rybią” głowę lub mieć na nodze plamę w kształcie ryby). Śmieszy nas, że w starożytności wierzono w pływającą po ciele macicę, ale jeszcze w XIX wieku wierzono w pływające nerki. A w 1851 sklasyfikowano chorobę psychiczną zwaną drapetomanią – charakteryzowała się ona „kłopotliwym zwyczajem uciekania, przejawianym przez wielu czarnoskórych”.

Warto przeczytać książkę – odetchniemy z ulgą, że przyszło nam żyć w XXI wieku, gdy wynaleziono już antybiotyki i środki przeciwbólowe. Choć Belofsky czasem nie drąży tematu, skupiając się na pokazaniu głupoty i makabry, której malowniczość przypomina często horrory typu „Piła”, nie wyjaśnia zjawisk do końca, bo różne tabu kulturowe czasem miewały dość racjonalne przyczyny. Ale w końcu nie o tym jest ta książka. Podobnie jak nie jest o jakości dostępnej dla zwykłego Kowalskiego opieki medycznej, zwłaszcza w Polsce.

Okazuje się też, że niewyjaśniona zagadka powstawania lemingów dręczyła ludzi i dawniej. Wyjaśnić ją mogła jedynie… teoria samorództwa:

Według większości wykształconych ludzi z XVI wieku brały się z powietrza. Olaus Magnus, wybitny szwedzki patriota i uczony, twierdził, że to wiatr przynosi lemingi i zrzuca ludziom na głowy, zwłaszcza w okolicach Helsinek.

Nathan Belofsky, Jak dawniej leczono, czyli plomby z mchu i inne historie (Strange Medicine. A Shocking History of Real Medical Practices Through The Ages). Tłum. Grzegorz Siwek. Wydawnictwo RM, Warszawa 2014.

4,5/6

Sławomir Grabowski

tytuł
tytuł

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...