Komiksiarze zapewne kojarzą nazwisko Warrena Ellisa, znanego między innymi z serii „X-Men”, „Transmetropolitan” czy „Hellblazer”. Być może teraz będzie też znany miłośnikom kryminału, choć jego „Wzorzec zbrodni” jest pozycją dość zachowawczą. Nie powinno dziwić, że patronuje tej prozie Raymond Chandler. John Tallow jest skonstruowany według przepisu na samotnego, zmęczonego życiem detektywa, trochę mizantropijnego i pozbawionego złudzeń wobec świata. Co i rusz sypie on złośliwymi odzywkami wobec partnerów, a czasem nawet, o zgrozo, przełożonych. Otoczenie rzuca mu kłody pod nogi i raczej utrudnia niż pomaga w śledztwie. Także zgodnie z przepisem, ktoś z policyjnej góry okaże się umoczony w zbrodnię…
Powieść rozpoczyna się śmiercią partnera Johna w akcji i odnalezieniem mieszkania pełnego trofeów – różnego rodzaju broni palnej, w tym pochodzącej sprzed ponad stu lat. Czy to tylko fetysze, czy coś innego, zwłaszcza, że jej rozmieszczenie sugeruje jakiś wzór, a każdej użyto w celu popełnienia jakiejś zbrodni? Wraz z bohaterem poznajemy nie tylko historię przedawnionych śledztw, ale i historię osadnictwa na terenach dzisiejszego Nowego Jorku, gdzie dawno, dawno temu niczym w spokojnej epoce kamiennej żyli sobie Indianie. Niestety, sprzedali za przysłowiowe paciorki Manhattan Holendrom. Nowy Jork jest tu miastem-naroślą na zgliszczach dawnego świata, ponurą metropolią o ogromnej przestępczości i szemranych interesach na Wall Street (ów „mur” również był granicą pomiędzy białymi a tubylcami). Jednym słowem – takie rozliczenie z kolonizacją (choć autor jest Brytyjczykiem, nie Amerykaninem). A powieściowy Nowy Jork, gdzie nawet nazwy ulic i dzielnic świadczą o „okupacyjnej” historii” różni się całkowicie od miasta znanego np. z filmów Woody’ego Allena. Psychopaci i zbrodniarze liczeni są tu w tysiącach. Niezbyt etyczny jest też świat ekonomii, gdzie o zostaniu milionerem decydują milisekundy, o które jesteśmy szybsi od konkurencji przy dokonywaniu wirtualnych transakcji giełdowych.
Szkoda tylko, że zakończenie zostało kompletnie położone, złoczyńca stracił całkowicie swoją tajemniczość i grozę, a pewna dwuznaczność świata wyparowała zupełnie. Dobry finał powinien zaskoczyć jakimś suspensem – tu przeciwnie, element niewyjaśnionej tajemnicy ze szczyptą fantastyki rodem z Kinga został poddany racjonalizacji. Finałowa rozprawa z przestępcą również nie wzbudza emocji – tak, jakby autor uznał, że już mu się powieść znudziła i należy ją szybko skończyć. Ellis ciekawie pisze o historii i kulturze Indian, sypie złośliwości pod adresem CSI i policjanta, którego seriale policyjne skłoniły do wybrania zawodu. Czasem pozwala nam zajrzeć do umysłu przestępcy. Język powieści nie jest ubogi, często jesteśmy zaskakiwani obrazowymi czy złośliwymi porównaniami. Zdaje się jednak, że taki nasz Zygmunt Miłoszewski jest lepszy, a jego powieści bardziej dopracowane – Ellis potraktował swój świat trochę komiksowo.
3,5/6
Warren Ellis, Wzorzec zbrodni (Gun Machine). Tłum. Agnieszka Brodzik. SQN, Kraków 2014
Sławomir Grabowski
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kultura/252306-wzorzec-zbrodni-indianie-na-wall-street-recenzja
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.