Rafał Dębski potrafi napisać wszystko. Science fiction, fantasy, kryminał, powieść wojenna – w każdej konwencji czuje się jak ryba w wodzie. Tym razem proponuje czytelnikom wyprawę do dziewiętnastowiecznej Rosji. Wątek kryminalno-polityczny przeplata się w Kamiennych twarzach z bardzo romantycznym wątkiem miłosnym. Mają też one sporo z powieści przygodowej: oto pewna drużyna rusza z Paryża na Kaukaz w poszukiwaniu czegoś-bardzo-ważnego, a kontrdrużyna zamierza popsuć jej szyki. Znamy to, znamy z historii typu: kto pierwszy – Indiana Jones czy faszyści?
Pierwsza połowa XIX wieku postrzegana z perspektywy zaborów i naszego romantyzmu pod piórem Dębskiego nabrała sporej atrakcyjności – polecam powieść tym, dla których szkolny romantyzm był zmorą. W powieści znajdziemy Mickiewicza i Słowackiego, w których autor tchnął życie, nie lakierując, ale i nie odbrązawiając zanadto. Grają zresztą oni istotną rolę w spisku czy zawiązaniu akcji i wygłaszają długie fragmenty swoich dzieł (co jakoś nie przeszkadza). Znajdziemy w niej też Vidocqa, sławnego szefa francuskiej policji, który przedtem – łagodnie mówiąc – nie prowadził życia zgodnego z prawem. Plus całą galerię oprawców, bandytów, urzędników, powstańców różnych narodowości i tajnych agentów.
Znalezienie i ujawnienie owego „skarbu” może wstrząsnąć rosyjskim imperium. Drużyna poszukująca go składa się z polskiego zesłańca Jerzego Wołłkowicza, czerkieskiego wachmistrza Rusłana i człowieka owego Vidocqa, Maximiliena – czyli mamy taki tandem polsko-gruzińsko-francuski. Istotny jest też wątek romansowy – oto córka gubernatora rosyjskiego (lidera „kontrdrużyny”) kocha się w polskim zesłańcu, owym Wołłkowiczu. Bardziej romantyczną (tragiczną, niespełnioną itp.) miłość trudno sobie wyobrazić – dziewczyna z dobrego, rosyjskiego domu kocha się w polskim zesłańcu i bandycie (w oczach poddanych cara) – ale autor nie popada tu w melodramatyczną przesadę. Jej ojciec zresztą to jedna z niewielu postaci szlachetnych Rosjan, o wiele więcej tu nieciekawych typów: znajdziemy w powieści wredną ciotkę-rajfurkę, generała-gwałciciela i psychopatycznego sadystę.
Sympatie autora wobec narodów zdeptanych carskim butem są czytelne. Powieść zaprawiona jest jednak nutą goryczy – okazuje się, że polskie emigracyjne „piekiełko” ma też swoje ciemne strony, a ów Wołłkowicz, żywi do rodaków spory uraz. Ciekawe, że ta bardzo romantyczna powieść, będąca hołdem dla ówczesnych ludzi słowa i oręża, kończy się „pozytywistycznym” wołaniem – zamiast marzyć o niepodległości i np. zabijać cara, lepiej się, Polacy, bierzcie do roboty i nie liczcie na cud… Przejaw mądrości autora czy pewien unik? Liczyć na cuda nie wolno, ale czasem się jednak zdarzają…
Powieść wciąga na tyle, że nie zwracamy uwagi, na ile jest ona konwencjonalna; czasem irytują też chwyty typu deus ex machina. Zakończenie nie zamyka wszystkich wątków, więc nie miałbym nic przeciwko kolejnej dawce przygód Jerzego Wołłkowicza i spółki.
Rafał Dębski, Kamienne twarze, marmurowe serca. REBIS, Poznań 2014.
Ocena: 4/6
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kultura/252113-jak-slowacki-z-mickiewiczem-spiskowali-recenzja
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.