PASOLINI Kino bez bohatera. RECENZJA

Screenshot YouTube
Screenshot YouTube

Specjalnie z WENECJI dla wNas.pl pisze Urszula Lipinska.

Pokazywany na 71. Festiwalu Filmowym w Wenecji “Pasolini” Abla Ferrary okazał się niepowodzeniem. Film, który – jak wydawało się przed seansem – będzie twórczym spotkaniem dwóch reżyserskich osobowości, nie ma ambicji przeniknięcia postaci włoskiego reżysera.

Początek „Pasoliniego” obiecuje coś wielkiego. Ferrara zdaje się budować paralelę między sobą i włoskim twórcą, szukać z nim wspólnych punktów i pokrewieństwa dusz. W próbie zrozumienia Pasoliniego stara się szukać siebie, jakiegoś ze sobą rozliczenia. Obaj twórcy wiele rzeczy znają z autopsji, obaj zyskali w swoich czasie miano bluźnierców, obaj flirtowali z tymi samymi tematami: religijnością i seksualnością, pokazując jak blisko jedno leży drugiego. Obaj tkwili gdzieś na wyklętym marginesie kina, aby z czasem stać się w nim ważnymi postaciami, do których inni twórcy się odnoszą, których cytują. Pasolini i Ferrara to zdecydowanie ten duetów artystów, który miałyby o czym ze sobą podyskutować i o co się pokłócić. Niestety, im głębiej w film, tym bardzej cała wycieczka Ferrary w biografię Pasoliniego traci sens. Wyraźnie zaznaczający na początku swoją obecność Willem Dafoe, grający tu rolę tytułową, rozmywa się w fabule minuta po minucie, nie ma nic do zagrania. Coraz bardziej staje się cieniem, przezroczystą postacią, o której niczego się nie dowiadujemy, coraz mniej jest symbolem i soczystą osobowością. Nie wydaje się jednak, aby ten zabieg artystyczny był zamierzony. Ferrara raczej gubi się gdzieś w prowadzeniu głównego bohatera, nie może się zdecydować o czym dokładnie chce opowiadać. Skupia się niby na ostatnich dniach życia reżysera, ale wybiera z tego okresu wydarzenia zupełnie prozaiczne: spotkania z przyjaciółmi, samotne snucie się Pasoliniego po pokoju, rozmowy z matką. Nie zdradzające wiele o postaci, a i też nie budujące wrażenia obcowania z osobowością nieprzeniknioną. Trzyma do Pasoliniego dystans i woli tam pozostać. Jakby bał się zbliżyć, dotknąć czego bolesnego, niespodziewanego, nieznanego, co mogłoby być drogą wejrzenia także w samego Ferrarę.

Zagubienie twórcy udziela się Dafoe, któremu właściwie w tych warunkach ciężko stworzyć pełnowymiarową postać. Gra bowiem w materiale, który zbyt wiele zakłada: zakłada, że widz zna zakamarki prywatnego i zawodowego życia Pasoliniego i jest w stanie podążyć za swobodną impresją Ferrary na temat włoskiego artysty. Siłą więc rzeczy samemu filmowi brakuje mięsa, a tkwiąc w przekonaniu, że fakty są niepotrzebne reżyser sam siebie wiedzie na manowce. Traci bowiem w ten sposób z oczu nie tylko ważne punkty w życiu Pasoliniu, ale również punkty zwrotne, momenty kluczowe dla kształtu osobowości włoskiego twórcy. W filmie Ferrary Pasolini-artysta prawie nie istnieje, jest tylko cieniem, snując na własny temat dysputy w telewizyjnych wywiadach. Największe osiągnięcia włoski twórca ma już za sobą, może z dystansu o nich opowiadać, wspominać cenę, jaką przyszło mu za swoje artystyczne wybryki zapłacić. Ale takk naprawdę te słowa nie byłyby potrzebne, gdyby Ferrara wycisnął z ostatniej sceny filmu, wszystko co można było z niej wycisnąć. To wszak śmierć Pasoliniego, pobitego na śmierć na jakieś ustronnej, błotnistej drodze mówi tak wiele nie tylko o nim, jednak także o tym, jak reagowało na niego społeczeństwo. W tym ostatnim momencie Pasolini stanął twarz w twarz ze wszystkim, z czym stanął na życia: upokorzeniem, poniżeniem, wykpieniem, niezrozumieniem, agresją. Szkoda, że Ferrara nie potrafił wystawić mu filmu bardziej adekwatnego do formatu postaci, jaką był Pasolini.

Urszula Lipińska (wSieci) z festiwalu w Wenecji

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...