MAGIA W BLASKU KSIĘŻYCA i Allen bez blasku. RECENZJA

Woody Allen po raz kolejny w ostatnich latach opowiada o magii i jej nietrwałości. I jest jeszcze mocniej zgorzkniały niż zwykle, choć widać, że szyderczy konstruktywny opozycjonista Pana Boga poszukuje istotnych odpowiedzi. Niestety tym razem są one mało wyszukane w warstwie pozbawionych błysku dialogów. Mimo kapitalnej roli Colina Firtha można rzec, że Woody Allen zrobił najsłabszy film od kilku lat.

Nie podzielam opinii, że zdobywca 4 Oscarów skończył się kilkanaście lat temu, a dziś krytycy nie mieszają jego filmów z błotem tylko z szacunku dla jego dorobku i nazwiska. „O północy w Paryżu” i „Blue Jasmine” mogą wejść na listę najlepszych filmów Allena, zaś najmocniej krytykowany „Zakochani w Rzymie” przypomina absurdalne komedie Allena z ery przed takimi arcydziełami jak „Annie Hall”. Niemal 80- letni Nowojorczyk trzyma więc formę i choć sam nie pojawia się już raczej na ekranie ( wyjątek zrobił dla Johna Turturro), to wciąż potrafi zaskoczyć zostawiając w innych aktorach swojego ducha.

Allen w ostatnich latach często sięga po tematykę związaną z magią, iluzją i złudną wiarą w cuda. W „Scoop” sam zagrał domorosłego magika przerażonego że świat duchów jednak istnieje. W „O północy w Paryżu” główny bohater przenosił się w przeszłość, chcą uciec od szarości codzienności. Obie opowieści zostały zanurzone w umownym magicznym świecie, któremu bliżej było do „Purpurowej Róży z Kairu” niż „Cieni we mgle”. Teraz zaś czołowy mizantrop kina opowiada o magiku Stanleyu Crawfordzie (Colin Firth), którego celem jest zdemaskowanie kobiety medium Sophie Baker (Emma Stone). Amerykanka z Michigan ma wyjść za mąż za głupawego, ale bajecznie bogatego panicza, który ma wielki majątek na Lazurowym Wybrzeżu. Mistrz oszukiwania widzów po spotkaniu „hochsztaplerki” zostanie jednak wystawiony na ciężką próbę wiary we własną niewiarę.

Allen zawsze genialnie stylizował filmy na dzieła swoich mistrzów. W jego największych obrazach widać Felliniego, Bergmana, Tołstoja czy ostatnio Tennessee Williamsa. „Magia w blasku księżyca” to obraz w stylu komedii Oscara Wilde, z domieszką pełnych wysublimowanego humoru angielskich komedii z lat 50-tych. Powściągliwy humor i delikatnej niżzwykle zarysowanie neurotycznych Allenizmów można więc tłumaczyć przyjętą konwencją opowieści. Crawford jest oczywiście kolejnym wcieleniem samego Allena- błyskotliwy mizantrop, intelektualista i ostry jak brzytwa szyderca z całym wachlarzem neuroz i fobii. Natomiast napotkana kobieta to ktoś, kto wbrew wszystkiemu musi wszelkie ekscentryzmy przyjąć. Po trzech z rzędu filmach obfitujących w wiele wątków, Allen postanowił zrobić film oparty wyłącznie na dialogach, przekomarzaniach słownych i powolnej narracji, która płynie wraz z letnim klimatem Lazurowego Wybrzeża.

I choć kilka bezczelnych wypowiedzi zakochanego w sobie dupka jakim jest Stanley przejdzie do klasyki filmów Allena, to jednak paradoksalnie właśnie w tej warstwie film pozostawia największy niedosyt. Colin Firth fantastycznie rozwinął swój wizerunek flegmatycznego nudziarza, unikając przy tym naśladowania gry Allena w stylu Kennetha Branagha w „Celebrity” czy Owena Wilsona w „O północy w Paryżu”. Cytujący wiecznie Nietzschego, do bólu racjonalny ateista przez niemal cały film uprawia słowną szermierkę z otoczeniem, a w szczególności z prostolinijną, czytającą w myślach i rozmawiającą z duchami Sophie. Ich rozmowy aż prosiły się ostry sarkazm notabene przeciętnej „Klątwy Skorpiona” ( również z motywem magicznym) z 2001 roku. Niestety zamiast ostrza ironii, dostajemy banalne riposty. Zamiast błyskotliwej złośliwości, Allen serwuje zimne cytaty z klasyki literatury. Czy Allen stracił po drodze gdzieś umiejętności specyficznego dla siebie budowania dialogów?

„Magia w blasku księżyca" jest złożona z klisz poprzednich filmów Allena. Ba, niektóre sceny są niemal z nich wyjęte. Ucieczka przed deszczem do planetarium, uderzenie niewidzialnego kupidyna w serce cynika, czubiący się i w końcu kochający bohaterowie? Znawcy kina Allena prędko rozpoznają te motywy. Do tego dochodzi pesymizm nie bojącego się kpić z judaizmu Żyda. **Do tej pory Allen traktował swój ateizm raczej w formie komicznej ( wybór klimatyzacji, a nie papieża etc.) i tylko w „Śnie Kasandry” czy „Wszystko gra” dał się ponieść nihilizmowi. Stanley jest w krytyce wiary w metafizykę nie mniej wytrwały jak Magdalena Środa z brodą Hartmana, choć oczywiście bije ich błyskotliwością i taktem. Można mieć nawet wrażenie, że Allen chce z siebie wyrzucić jakąś głębszą myśl zafiksowanego, starego ateusza. „To magiczne myślenie sprawiło, że przez chwilę byłem szczęśliwy. Ale to było szczęście głupców" –mówi w pewnym momencie zgorzkniałe alter ego Allena. Nowojorczyk cofa się ostatecznie jednak ze zwinnością kota by zamaskować, że nic szokującego ani przenikliwego tak naprawdę nam do powiedzenia nie ma. Brak weny by skwitować rozważania przenikliwym dowcipem jak w latach 70-tych? Czy może jednak sugestia, że mizantrop wciąż nie znalazł odpowiedzi na nurtujące go pytanie?

„Magia w blasku księżyca" jest zadyszką w późnej twórczości Allena, który bez wątpienia będzie filmy robił tak długo jak pozwoli mu zdrowie. A, że jest on hipochondrykiem wiecznie myślącym, że umiera, to możemy być pewni, że jeszcze nas Allen czymś znaczącym zaskoczy i ucieknie z leniwego Lazurowego Wybrzeża.

3.5/6

Łukasz Adamski

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Autor

Wesprzyj telewizję wPolsce24! I naszą misję - dziennikarstwo śledcze Wesprzyj telewizję wPolsce24! I naszą misję - dziennikarstwo śledcze Wesprzyj telewizję wPolsce24! I naszą misję - dziennikarstwo śledcze

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych