Geniusz, ikona, dziwak, ekscentryk, mitoman, intelektualista, oszust- wszystko można napisać o Marlonie Brando. Człowiek, który otworzył drzwi do dzisiejszego aktorstwa. Zmienił kino i postrzeganie roli aktora, ostatecznie od niego się odwracając.

Kilka dni temu trafiłem w telewizji na komedię „Don Juan de Marco”. Nakręcona 20 lat temu słodko-gorzka opowieść z Johnnym Deppem i Marlonem Brando w głównych rolach nie należy do czołowych osiągnięć legendarnego Brando. Jednak oglądając ten film zdałem sobie sprawę jak błyskotliwym i pewnym siebie był człowiek- ikona kina XX wieku. Swoboda z jaką radził sobie na mieliznach scenariusza ten banalnej historii, dowodziła klasy człowieka, który był do końca życia chodzącą sprzecznością i postacią wręcz Szekspirowsko- tragiczną.

Czytałem mnóstwo wywiadów z ludźmi, którzy nie mają najmniejszych podstaw, by udzielać odpowiedzi na zadane im pytania. Zadaje się im pytania tylko dlatego, że są sławni i znani, a oni nie mają najmniejszych kompetencji, żeby na nie odpowiadać: pytania o sytuacje gospodarczą, o wykopaliska archeologiczne w Toskanii czy o najnowszą odmianę zakaźnej rzeżączki. Sam na takie pytania odpowiadałem, a potem zastanawiałem się, co ja w ogóle, k…., robię. To absurdalne, że ktoś zadaje takie pytania, i równie absurdalne, że zgodziłem się na nie odpowiadać.

-mówił w słynnej rozmowie z Lawrencem Grobelem Marlon Brando. Słowa jednego z najwybitniejszych aktorów w historii kina, człowieka, który naznaczył współczesne filmowe aktorstwo, i zmienił sposób pracy aktorów przed kamerą, są o tyle znamienne, że wyszły od znanego działacza społecznego. Brando przez lata angażował się w walkę o równe prawa dla amerykańskich Murzynów czy Indian. Występował też przeciwko wojnie w Wietnamie, krytykował Izrael, środowiska żydowskie w USA i potrafił łamać normy poprawności politycznej. Można powiedzieć, że Brando był wręcz ikoną zaangażowanego w dyskurs na ważne tematy człowieka z Hollywood. Robił to w czasach, gdy gwiazdy filmowe dopiero zaczynały się angażować w sprawy inne niż kino czy celebrowanie własnej wyjątkowości. A jednak starał się mieć dystans do swojej działalności. Celowo przytaczam właśnie te słowa ze słynnej rozmowy, bowiem Brando o wiele bardziej czuł się w pewnym momencie działaczem społecznym niż aktorem ( w jego Indianka odmówiła Oscara za rolę w „Ojcu chrzestnym”). Skoro miał w pogardzie wykorzystywanie pozycji społecznej w walce o bliskie mu idee, to jak musiał traktować aktorstwo?

Brando gardził swoim zawodem. I wcale nie kokietował niewielu dziennikarzy, którzy z nim robili wywiady. Zarówno w rozmowie z Grobelem jak i autobiografii „Piosenki, których nauczyła mnie matka” uderzał w Hollywood, i wszystko co „fabryka snów” sobą reprezentowała.

Śmieszą mnie ludzie, którzy nazywają film sztuką, a aktorów artystami. Rembrandt, Beethoven, Szekspir, Rodin – to byli artyści. Aktorzy są jedynie wyrobnikami w tym biznesie i pracują dla pieniędzy. Między innymi dlatego mówi się o kinie jako przemyśle filmowym. (…)To aktorstwo, nie prostytucja, jest najstarszym zawodem świata.

mówiła legenda, która przemeblowała Hollywood i otwierając do niego drzwi takim ludziom jak De Niro, Pacino, Hoffman, Nicholson czy Hackman, rolą Kowalskiego w „Tramwaju zwanym pożądaniem”. U Eli Kazana stworzył też piorunujące kreacje w „Na nabrzeżach” i „Viva Zapata!”. Wielki entuzjasta metody Stanisławskiego, którą spopularyzował i zmiótł teatralne aktorstwo typowe dla filmu przed pojawieniem się Actors Studio. Jednocześnie arogancki leń, który nie potrafił nauczyć się na pamięć kwestii i wymagał by jego partnerzy ekranowi mieli przypięte kartki z jego dialogami, których nie widziała kamera. Czy to wpłynęło na efekt końcowy? W żadnym razie. Brando nawet ośmieszając aktorstwo, nie potrafił wyplątać się ze sytuacji, że był jego najwybitniejszym twórcą.

Aktorstwo w ogóle powinno dążyć do autentyzmu. Jeśli aktor wie, co zaraz powie, widzowie od razu wyczuwają, że mówi nie swoim tekstem. Jeżeli zaś nie uczy się go na pamięć, nie tylko nie ma pojęcia, co powie, ale i jak to powie, jak się będzie przy tym zachowywał albo poruszał głową, bo tego nie przećwiczył.

Zbudowany jak grecki bóg, charyzmatyczny i nie stroniący od używek seksualny potwór ( biseksualista) padł też ofiarą własnego wizerunku. A biegiem lat robił wszystko by zniszczyć swoje boskie ciało. Do roli pułkownika Kurtza utył tak mocno, że Francis Ford Coppola musiał go kręcić w półcieniu. Powracając po latach artystycznych i finansowych niepowodzeń w „Ojcu chrzestnym” wymyślił jak oszpecić sobie twarzy by lepiej oddać ducha Vito Corleone. Choć wiele razy w latach 80-tych i 90-tych zwodził go aktorski nos ( aktor miał nawet na koncie 2 nominację do Złotej Maliny), to nawet parodiując samego siebie („Nowicjusz”) tworzył fenomenalną kreację. Gdy mógł iść za ciosem i podbić znów Hollywood po drugim Oscarze, wybrał niezwykle kontrowersyjną role w europejskim „Ostatnim tangu w Paryżu”, które nie miało szans podbić purytańskiej mimo wszystko Ameryki. Skończył karierę rolą w „Rozgrywce” u boku swojego następcy Roberta de Niro, który na życzenie Brando dokończył reżyserowanie filmu, po tym jak Marlon zażyczył sobie zwolnienie reżysera filmu.

Brando miał też inną twarz. Sadysty, maluczkiego człowieka, który nie potrafił zbudować rodzinnych relacji. Na dodatek był napuszonym bredniami o spiskach, które rządzą światem właścicielem archipelagu wysp na Oceanie Spokojnym, gdzie żył niemal jak Robinson Crusoe. To właśnie tam snuł swoje najbardziej infantylne teorie o wierze, filozofii i sensie życia. Z drugiej strony to on ujmował się za osobami gnębionymi na planie filmowym przez zadufanych artystów jak Charlie Chaplin. To on potrafił powiedzieć o nietykalnych gwizdach, że są nic nie warci i wytknąć im ich wady. Kto jednak ma prawo to robić jak nie on?

Marlon Brando miał wiele twarzy. Jego wybitna gra aktorska wywarła wpływ na wszystkich późniejszych aktorów. Był obywatelem świata. Miał obsesję na temat tajnych operacji rządu Stanów Zjednoczonych i śledztwa, które rząd prowadził przeciwko niemu. Przez całe życie żywił gniew wobec własnego ojca. Fatalnie traktował kobiety i starał się nimi rządzić tylko dlatego, że mógł to robić. Pochłaniał książki, uwielbiał grać w różne gry i miał wiele cech tyrana. Nie dbał o swoje ciało, o swój talent, psychikę i o kobiety, z którymi był. Maltretował kilkoro ze swoich jedenaściorga dzieci.

pisał Lawrence Grobel, który jako jedyny dziennikarz na świecie zrobił tak szczery wywiad z aktorem. Brando musiał przeżyć samobójczą śmierć córki, której chłopak został zastrzelony przez syna Brando Christiana. Choć przez usilnie i obsesyjnie chronił swoje życie prywatne przed papparazi i dziennikarzami, to wydarzenie te wciągnęło go w jedną z najostrzejszych i najprzykrzejszych medialnych oper mydlanych w historii TV. Całe życie zmarłego w wieku 80 lat Marlona Brando było kryte takim paradoksem. W końcu człowiek, który robił wszystko by nie być gwiazdą i na każdym kroku dowodził swej pogardy dla aktorstwa, nawet 10 lat po śmierci jest uważany za największa gwiazdkę kina…

Nigdy nie miałem zamiaru, śmiałości ani ambicji zostać gwiazdorem filmowym. To się po prostu stało.

Łukasz Adamski