DRAKULA bez mocnej dawki zła? Trochę bez sensu RECENZJA

Powstało setki filmów o wampirach, od obrazów niemieckiego ekspresjonizmu po czasy współczesne, dziś to już cały przemysł. Co więcej, powstały dziesiątki filmów o Drakuli. Czasem jest on postacią przenoszoną we obecne realia i do najodleglejszych krajów, ale sama zasadnicza historia z jeszcze XIX-wiecznej powieści Brama Stokera była tematem po wielekroć: od poetyckiego obrazu Wernera „Nosferatu” po komedię Mela Brooksa „Drakula. Wampiry bez zębów”.

Więc nie tylko książę z Transylwanii wyprawiający się do zachodniej Europy, ale także Mina, Lucy, Jonathan Harker czy doktor van Helsing byli i są tematami kolejnych układanek. Upiorny, krwiożerczy arystokrata, symbol zła, któremu trudno się oprzeć, ale także i oni, skądinąd o zmieniających się charakterach i wzajemnych relacjach, są elementem jednego z najtrwalszych archetypów popkultury – czasem nawet z pewnymi ambicjami.

A mimo to choć powstało trochę seriali o wampirach (z ekscentryczną i po trosze futurystyczną „Czystą krwią” na czele), nie przypominam sobie żadnego z Drakulą w roli głównej. W epoce potęgi tego gatunku jego powstanie było kwestią czasu i Canal Plus właśnie zaczął go pokazywać. Pierwsze zapowiedzi, np. „Gazety telewizyjnej” są entuzjastyczne. Ta opowieść ma nas podobno zahipnotyzować. Niewątpliwą jej atrakcją jest 37-letni Jonathan Rhys Myers, pamiętny, odmłodzony Henryk VIII z „Rodziny Tudorów”, aktor o urodzie dzikiej i istotnie elektryzującej.

Po pierwszym odcinku nie ma we mnie entuzjazmu. Na razie pokazano nam zaczyn przyciężkiego kostiumowego kryminału, w którym nie wyczuwa się żadnej tajemnicy, widać za to sporo schematycznych, dziwnie znajomych postaci i sytuacji. Już pierwsza scena – ożywienia Drakuli w trumnie – robi wrażenie powtórki z rozrywki. Nawet Rhys Meyers w roli księcia udającego bogatego Amerykanina podbijającego Londyn wypada na razie standardowo. Jeśli atrakcją jest muzyka Trevora Morrisa, to na razie średnio ją słychać.

Można się bawić co najwyżej odkrywaniem, kogo ze znajomym nazwiskiem w jakiej roli tym razem obsadzono. Są i Mina i Lucy i Harker (ten jest dziennikarzem), a na przykład Renfield, pojawiający się już wcześniej w dziesiątkach wcieleń potworny choć ludzki sługa Mistrza, tu jest kulturalnym acz korpulentnym Murzynem. Z kolei Van Helsing to nie tylko uczony, ale nie tyle przeciwnik, co wspólnik Drakuli (być może to się zmieni, ale to najpoważniejsze odstępstwo od archetypu). Przypomina to zabawę z innego serialu „Hannibal”, gdzie też żongluje się postaciami z cyklu Thomasa Harrisa zmieniając im zawody, płeć i kolor skóry. Nie dodaje to tamtej, mocno pretensjonalnej historii życia. Czy tu będzie podobnie? Naturalnie to wszystko może się jeszcze zmienić. Pewne obserwacje można już jednak poczynić.

Z jedną zasadniczą na czele. Serial powstał najwyraźniej w momencie pewnego zużycia tematu. W efekcie nowy Drakula, bogacz odwiedzający Londyn, mniej zajmuje się tym co zazwyczaj, bardziej lansowaniem dziś by się powiedziało „alternatywnych źródeł energii” i biznesowymi grami. Tylko że nakręcić emocjonujący kostiumowy kryminał jest jeszcze trudniej niż horror bazujący na starych lękach i mitach. Łatwiej popaść w sztampę. No podobno potem ma być podobno więcej horroru. Co gorsza, ekipa kręcąca nowego „Drakulę” uległa częstej dziś pokusie. Nie wierzą w zło bliskie absolutnemu i sugerują, że od genialnego wampira gorsi są ludzie, którzy go zwalczają. Ten wariant też ostatnio widzieliśmy wiele razy – w skrajnej postaci okazuje się, że krwiopijcy to biedne niewiniątka broniące swojego prawa do „inności”, zaszczute przez groźnych fanatyków.

Tu taką rolę odgrywa tajemniczy, acz od razu zdekonspirowany Zakon Smoka, przy czym autorzy scenariusza nie mogą się zdecydować, czy to religianci walczący z „heretykami” czy mafia szukająca zysku. Na wszelki wypadek są jednymi i drugimi, a Drakula zgodnie z zasadami politycznej poprawności opowiada o ich obrzydliwych praktykach sprzed 500 lat, gdzie prześladowali „innych” ma się rozumieć z krzyżami w rękach. Brzmi znajomo i jest takie banalne. Podobnie jak pokazany już w „Drakuli” Coppoli wątek zemsty za zamordowaną żonę – tam nie tak łopatologiczny i sprowadzający się do tęsknoty. Tu będący elementem rozgrywki z „fanatykami”.

Niestety, gdy się sprowadza wampiry, wilkołaki czy inne stwory do psychologii i obserwacji socjalnych, na ogół nie wychodzi się poza grzeczne nudziarstwo. To przypadek sławnej Anny Rice. Jeszcze „Wywiad z wampirem” się bronił, nawet bardzo – siłą osobowości choćby naprawdę złego wampira Lestata. Ale późniejsze „Kroniki wampirów” ugrzęzły w logice rodzinnych wspomnień. Takie wspomnienia lepiej, ciekawiej, czytać, gdy bohaterami są ludzie. Nie chcę tu nadużywać języka idei, ale jest w tym także eskapizm, niechęć do przyznania, że zło istnieje. To jednak w dużej mierze wyrok na samą istotę horroru. Czego się tak naprawdę po tej kosmetyce mamy bać? A gdy na dokładkę nowemu serialowi zabrakło pomysłu na mocne zaciekawiające wejście…

Takie wejście jest zaś możliwe nawet dziś, po tylu kolejnych wersjach. Ten gatunek nie umarł. Wystarczyło zerknąć w Foxie na kolejne sezonu „Horror Show”, zwłaszcza ten o nawiedzonym domu. A przecież trudno sobie wyobrazić temat bardziej wyeksploatowany.

A jednak będę zerkał i tym razem. I chętnie zmienię zdanie, tylko dajcie mi powód.

Piotr Zaremba

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Autor

Wesprzyj telewizję wPolsce24! I naszą misję - dziennikarstwo śledcze Wesprzyj telewizję wPolsce24! I naszą misję - dziennikarstwo śledcze Wesprzyj telewizję wPolsce24! I naszą misję - dziennikarstwo śledcze

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych