ŻURAWSKI o "szlifowaniu" dubbingu do "Powstania Warszawskiego". NASZ WYWIAD

Fot. M. Czutko
Fot. M. Czutko

Kiedy jeszcze mieszkałem na Śląsku to moje podejście do Powstania Warszawskiego było bardzo negatywne, miałem bardzo wyrobione zdanie na ten temat, uważałem, że to było bez sensu. Teraz już nie jestem tak jednoznaczny - mówi w rozmowie z portalem wNas.pl Michał Żurawski, aktor, współtwórca dubbingu do filmu "Powstanie Warszawskie".

POWSTANIE WARSZAWSKIE - pokażmy ten film w każdej polskiej szkole. RECENZJA

wNas.pl: Pana głos słyszymy w kwestiach wypowiadanych przez jednego z głównych bohaterów filmu "Powstanie Warszawskie". Gra pan bohatera, ale nie takiego zwyczajnego, jak pan to odnajduje? Czuje się pan bohaterem tej historii?

Michał Żurawski: Bohaterem - jak to brzmi… Czy niezwyczajnym? Chyba zwyczajnym… Niezwyczajność tego polega na tym, że chyba do tej pory nikt w Polsce nie brał udziału w takiej produkcji. To też oczywiście napawa mnie dumą, że zostałem wybrany i bardzo się z tego cieszę. Bo praca naprawdę była niezwykła i wielowarstwowa, zadaniowa - tak można powiedzieć. A bohaterami to są ci ludzie, którzy na premierę zostaną zaproszeni i usiądą w pierwszym rzędzie. Powstańcy, autorzy tych zdjęć i ci, których widać, a nie my. My jesteśmy tylko aktorami, którzy użyczyli głosu i coś tam z siebie dali.

Jakie wrażenie robi na panu ten film już zmontowany, w całości?

Po raz pierwszy go teraz widziałem i jestem bardzo wzruszony, bo naprawdę nie zdawałem sobie sprawy, że to tak będzie wyglądało.

Ale to nie był zwykły dubbing, nie było to po prostu odczytanie listy dialogowej?

No tak, było z tym dużo walki. Ja ten projekt rozpocząłem ponad dwa lata temu. Od początku postanowiliśmy z Jankiem Komasą, że nie będziemy tego nagrywać w studio, tylko w jak najbardziej autentycznych plenerach. Pojechaliśmy pod Warszawę, do Falenicy i tam na gruzach z całą ekipą kręciliśmy. Piętnaście osób uzbrojonych w prawie autentyczne kostiumy, pasy, klamry, to wszystko miało swój odpowiedni dźwięk. Mieliśmy kamery z lat 60-tych, które udawały te z 40-tych, żeby miały odpowiednią wagę. Inaczej się wtedy artykułuje słowa i inne są emocje, kiedy dźwiga się taki ciężar.

To wszystko tylko po to, żeby nagrać dźwięk?

Tak. Byliśmy kręceni normalnie jak w filmie fabularnym. Na mikroportach, mikrofony na tyczkach. W plenerze, nie w studio.

Co było potem?

Potem były różne etapy. Ja to porównuję do takiego kamienia nieoszlifowanego. Na początku to była taka walka z materią. Wymyślaliśmy fabułę, co to mogłoby być. Do każdego, nawet dwu- czy trzysekundowego ujęcia nagrywaliśmy po pięć, sześć minut materiału. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że to się nie zmieści, ale wychodziło to niemalże dokumentalnie. Potem było szlifowanie, już w studio. Wtedy już mieliśmy listę dialogową i pracowaliśmy nad scenariuszem, który został ukuty na bazie tego, co myśmy tam przeżywali. Ale przez to było nam o wiele łatwiej, to był po prostu inny rodzaj pracy.

Czy przez prace nad tym filmem dowiedział się pan czegoś nowego o Powstaniu Warszawskim?

Ze mną to jest tak… Ja mieszkam w Warszawie od szesnastu lat, pochodzę ze Śląska. Jestem Górnoślązakiem, do tego mam korzenie żydowskie, więc jestem takim zdrowym mieszańcem. Jestem też miłośnikiem historii. Kiedy jeszcze mieszkałem na Śląsku to moje podejście do Powstania Warszawskiego było bardzo negatywne, miałem bardzo wyrobione zdanie na ten temat, uważałem, że to było bez sensu. Natomiast, im dłużej mieszkam w tym mieście, im więcej faktów poznaję, im więcej poznaje materiałów, często takich, które do tej pory były schowane dla zwykłego widza, im więcej wiem, to stwierdzam, że wiem mniej na temat tego powstania. Ale jestem już bardziej otwarty na ten temat. To jest tak, jak z kolorowaniem tego obrazu. Na początku myślałem, że to jest i musi być tylko czarno - białe. Jest "tak" albo "nie". Miało sens albo nie miało sensu. A teraz jest kolorowo, trudno mi powiedzieć jednoznacznie.

A te kolorowe, pokolorowane zdjęcia, jakie wrażenie na panu robią?

Kiedy zobaczyłem pierwsze próbki to miałem wrażenie, że zostały nakręcone nakręcone do jakiegoś filmu fabularnego dwa tygodnie wcześniej. Teraz, kiedy to zobaczyłem na dużym ekranie to robi to ogromne wrażenie. Tutaj nie zostały użyte wszystkie ujęcia, ale są jeszcze takie, zwłaszcza z Mokotowa, który przed wojną był dość nowoczesny, że można mieć wrażenie, że to jest kręcone teraz, we współczesnej scenerii.

Odegrał pan znaczącą rolę w "Czasie honoru", teraz zobaczymy pana w fabularnym filmie Jana Komasy "Miasto '44" i słyszymy pana w "Powstaniu Warszawskim". Czy można powiedzieć, że jest jakaś fala zainteresowania kinem historycznym?

No tak i ja się bardzo ciesze, że tak jest. Sam mam w głowie kilka historycznych, bardzo ciekawych projektów. To historie, o których w Polsce bardzo niewiele osób wie, a są one związane z Polakami. Myślę, że to jest bardzo potrzebne. W takim momencie zawsze daję przykład Czechów, którzy są mniejszą kinematografią od nas a w jakiś sposób sobie świetnie radzą z kinem historycznym. Już dawno zrobili film o swoich dywizjonach latających w bitwie o Anglię, a my wciąż tego nie potrafimy zrobić. A przecież nasz wkład był znacznie większy niż Czechów.

Ale przyzna pan, że "Czas honoru" był pewnym przełomem w zainteresowaniu tą tematyką?

Ja tak bardzo tego nie śledzę. Mało tego, ja nie mam telewizora w domu, więc nie wiem co jest na topie, ale wiem, że chyba siódma seria "Czasu honoru" jest obecnie kręcona, więc na pewno było to bardzo ważne.

Rozmawiał Marcin Wikło

Autor

Wspieraj uczciwe, wolne, polskie media. Subskrybuj! Wspieraj uczciwe, wolne, polskie media. Subskrybuj! Wspieraj uczciwe, wolne, polskie media. Subskrybuj!
W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...