John Ralston Saul powiedział, że Karol Marks
szczęśliwie urodził się 80 lat przed Disneyem,
ponieważ „Disney również przyrzekł dziecięcy
raj, ale w przeciwieństwie do Marksa dotrzymał
obietnicy”. Można dodać, iż jednocześnie przyłożył
rękę do obalenia marksistowskich bredni
w „fabryce snów”. Czy pośrednio za to Meryl Streep
nazwała go kilkanaście dni temu antysemitą?
Sentymentalny i słodki film „Ratując pana Banksa” (niedawno wszedł na ekrany polskich kin) przypomniał światu o niezwykłości człowieka, który jak klasyczny self-made man stworzył imponujące imperium. Choć lekko oniryczny, ocierający się o disneyowską bajkowość (lecz unikający apologetyzowania „szefa”) film Johna Lee Hancocka opowiada zaledwie o jednym (ale istotnym) fragmencie z życia Walta Disneya, to mówi wiele o jego osobowości.
Od gazeciarza do wizjonera
Obraz przedstawia historię spotkania P.L. Travers z Disneyem, które zaowocowało powstaniem klasyki „Mary Poppins”. Burzliwe negocjacje pomiędzy pisarką (znakomita Emma Thompson) a Disneyem (jak zwykle solidny Tom Hanks), którzy nie odpuszczają na milimetr swoich wizji ekranizacji historii, idealnie korespondują ze sposobem pracy twórcy Myszki Miki. Część krytyków zarzuca, że Hancock, przedstawiając Disneya w sposób dogmatyczny jako zawsze ułożonego, ciepłego i szarmanckiego „wujka Walta”, jest daleki od pokazania jego prawdziwej twarzy. Disney to według wielu źródeł szowinista, mizogin i – o zgrozo! – maniakalny antykomunista! Oczywiście ugładzony film nie dotyka kontrowersyjnej strony osobowości twórcy korporacji wartej dziś, uwaga, 104 mld dol., jednak pewne aspekty osobistej batalii Disneya z Travers tłumaczą późniejszy sukces dwukrotnego zdobywcy honorowego Oscara.
Bob Thomas opisuje w swojej ciekawej biografii „Walt Disney. Potęga Marzeń” sposób, w jaki pracował ten animator, reżyser, scenarzysta i wielki wizjoner już w stabilnym zawodowo momencie życia, mając pod bokiem Disneyland, program w telewizji i dobry grunt finansowy. „Przez ostatnie dziesięć lat swojego życia Walt Disney mobilizował siebie i swoich współpracowników do jeszcze większego wysiłku. Zdawał sobie sprawę, że ma już niewiele czasu. Zniecierpliwienie, jakie odczuwał, nie mogąc się doczekać zakończenia podjętych prac, rzutowało na kontakty zawodowe. Nie miał litości dla ludzi bez polotu” – pisze Thomas i przytacza słowa jednego ze scenarzystów wytwórni Disneya. „Kiedy Walt rzucał pomysł, nie oczekiwał, że go przechwycimy, nic w nim nie zmieniając. Trzeba było go rozwinąć. Biada, jeśli podjąłeś jakąś myśl i rozwinąłeś ją w złym kierunku. Wówczas unosił jedną brew i miażdżył delikwenta stwierdzeniem: »Wydaje się, że nie zrozumiałeś, co miałem na myśli«”. Choć opis drogi Disneya na szczyt jest interesujący, to w wielu punktach styka się z biografiami innych geniuszy. Prości rodzice, bieda, widoczny tylko w „Mieście na Górze” protestancko- amerykański kult pracy od dzieciństwa (Walt rozwoził na rowerze gazety), niezrozumienie ze strony nauczycieli, hart ducha mimo pierwszych niepowodzeń (bankructwo na starcie kariery) i w końcu niezachwiany upór – to wszystko spowodowało, że prosty chłopak z Kansas jest dziś niekwestionowanym ojcem chrzestnym animacji.
Thomas zauważa, że Disney kochał animację,
gdyż jej twórca może od początku
do końca wszystko kontrolować, wprawiając
w ruch postacie, nadając im osobowość
i umieszczając je w konkretnym miejscu oraz
czasie. Jednym słowem twórca kreskówek
(szczególnie w początkach tego gatunku) jest
niczym Bóg. Czy Disney chciał się ograniczać
do animacji? Powstanie Disneylandu i przerwane
śmiercią na raka płuc w 1966 r. plany
zbudowania całego wizjonerskiego miasta
dowodzą, że Walter Elias Disney nie zamierzał
się ograniczać do świata fikcji.
Po śmierci Disneya „New York Times” napisał,
iż był on geniuszem innowacji. Eric Sevareid
z CBS zauważył, że twórca Myszki Miki,
Kaczora Donalda i psa Pluto zrobił dla ukojenia
ludzkich dusz więcej niż wszyscy psychiatrzy
razem wzięci. Trudno się z tym nie zgodzić.
W zachodniej cywilizacji niewielu jest ludzi,
którzy nie zetknęliby się z kosmosem Disneya.
Ba, kształtujące od ponad 80 lat kolejne pokolenia
wartości przekazywane w najsłynniejszych
kreskówkach świata musiały wpłynąć na percepcję
rzeczywistości nie tylko zwykłych ludzi,
lecz również światowych decydentów. Niejeden
przywódca kiedyś śmiał się ze Śmieszkiem
i wkurzał z Gburkiem, kibicując Królewnie
Śnieżce. Kanadyjski filozof i pisarz John Ralston
Saul powiedział, że Karol Marks szczęśliwie
urodził się 80 lat przed Disneyem. „Disney
również przyrzekł dziecięcy raj, ale w przeciwieństwie
do Marksa dotrzymał obietnicy”.
Czy wielki sukces Walt odniósł w sposób czysty i zgodny z regułami gry? Łatwo odpowiedzieć na drugi człon tego pytania. Kapitalizm marzeń Karola Wojtyły jest niestety piękną utopią i pozostaje doskonałym, chyba niedoścignionym wzorem do naśladowania. Niestety na razie nigdzie nie został on urzeczywistniony. Trudno rozstrzygnąć, ile prawdy jest w poglądzie liberalnych (w rozumieniu europejskim) komentatorów mówiących, że Disney, widząc ciągłe upadki biznesowe lewicującego ojca Eliasa, przyjął inną metodę działania w swoim imperium. Faktem jest, że jego synowie wbrew pacyfizmowi Disneya seniora poszli ochoczo do wojska, a Walt po wojnie zdecydowanie odmówił dalszej pracy dla ojca. Faktem jest też, że mający styczność z bezwzględnością rynku Walt rozpychał się na nim łokciami i, dając samemu przykład, wymagał czasem nadludzkiego poświęcenia od pracowników.
Czy można jednak na tej podstawie
wyciągać wnioski o kapitalistycznej żarłoczności
Disneya, będącego niczym jego
dziecko Kaczor Donald w szatach Ebenezera
Scrooge’a? Biografia Walta została już wielokrotnie
opisana i nie chcę powtarzać znanych
jej epizodów. Warto przyjrzeć się wątkom
działalności Disneya poza popkulturą,
które rzutują na ocenę całości jego osiągnięć.
Od wizjonera do antykomunisty
Kilkanaście dni temu wybitna aktorka Meryl Streep prezentowała na gali National Board of Review nagrodę dla Emmy Thompson za rolę w „Ratując pana Banksa”. Niespodziewanie znana z lewicowych poglądów aktorka (podkręcona przez dziennikarkę „Gazety Wyborczej” ciskała niedawno gromy na polskich polityków za walkę z gender) odczytała fragment listu, który firma Disneya wysłała w 1938 r. do Mary Ford chcącej odbyć w niej staż. Z listu miało wynikać, że kobiety nie mogą pełnić pewnych funkcji w firmie, ponieważ są one dla nich zbyt skomplikowane. Trzykrotna zdobywczyni Oscara powołała się również na słowa współpracownika Disneya Warda Kimballa, który stwierdził, że Walt nie lubił kobiet i… kotów. Zdaniem Streep Disney miał wiele zasług, ale jak każdy wybitny człowiek miał też „ciemne strony”. „Z wielką kreatywnością idą często w parze pewne deficyty w człowieczeństwie i wychowaniu” – powiedziała i wymieniła takich artystów jak Mozart, van Gogh, Tarantino i Eminem. Podczas 10-minutowego przemówienia Streep oznajmiła, że Disney stworzył i wspierał grupę lobbującą przeciwko Żydom działającym w branży filmowej. Zdaniem aktorki „na pewno” był też seksistą (dziwne, że gwiazda zapomniała o homofobii i transofobii Disneya). „Kiedy zobaczyłam film »Ratując pana Banksa«, potrafiłam wyobrazić sobie, jak rozgoryczony i wściekły był Disney, kiedy przez kilkanaście lat walczył o prawa do »Mary Poppins«. Jak bardzo musiało boleć go to, że w człowieku płci żeńskiej odkrył osobę tak silną, nieprzekupną, o równie wielkiej wyobraźni i talencie” – perorowała Streep.
Słowa aktorki wywołały jednak oburzenie
nawet liberalnych mediów. Pismo „The Hollywood
Reporter”, które na co dzień jest zatopione
w dogmatach lewicowej poprawności
politycznej, opublikowało tekst zbijający argumenty
gwiazdy. Można było w nim przeczytać,
że w latach 30. XX w. powszechną praktyką
w Hollywood był brak kobiet w produkcjach
animowanych. Jednak w tym czasie wiele pań
pracowało w dziale scenariuszowym właśnie
w wytwórni Disneya. To również w tej wytwórni
debiutowały w latach 40. jako animatorki
pierwsze kobiety. Według gazety trudno
też mówić o antysemityzmie Walta Disneya,
który zatrudniał na ważnym stanowisku Żyda
Hermana „Kaya” Kamena. Pismo przytoczyło
jego słowa, w których żartobliwie stwierdzał,
iż w nowojorskim biurze Disneya jest więcej
Żydów niż w Księdze Kapłańskiej. Nie mniej
ważnym argumentem przeciwko antysemityzmowi
Disneya jest to, że w 1955 r. został on
człowiekiem roku żydowskiej loży masońskiej
B’nai B’rith z Beverly Hills, która do dziś, mówiąc
łagodnie, nie darzy sympatią „judeosceptyków”.
Niełatwo też patrzeć na Disneya przez
tropiące antysemityzm szkiełko, skoro był on
autorem o wiele zjadliwszych niż znienawidzony
przez Adolfa Hitlera „Dyktator” Charliego
Chaplina antynazistowskich kreskówek
z Kaczorem Donaldem. Skąd więc dzisiejsze
słowa Streep, które część komentatorów z zażenowaniem
(nie jest przyjemne obnażanie
nieuczciwości intelektualnej podziwianej
osoby) musiało obalać?
Walt Disney jako jeden z niewielu ludzi
show-biznesu zdecydowanie zwalczał komunizm.
Podobnie jak Ronald Reagan sprzeciwił
się strajkom związków zawodowych, podejrzewając,
że są przefiltrowane przez komunistów.
Jednoznacznie opowiedział się również
za owianą czarną legendą (częściowo słusznie)
komisją senatora Josepha McCarthy’ego.
Tego lewicowy Hollywood nie wybacza. Gdy
w 1999 r. gigant kina Elia Kazan odbierał Oscara
za całokształt twórczości, część gwiazd
w Kodak Theater ostentacyjnie nie wstała
z miejsc. Kazan w 1952 r. przed komisją senatora
obciążył kilku kolegów oskarżeniem o komunistyczne
sympatie. Disney stanął przed
komisją w 1947 r. i zrobił dokładnie to samo.
Na dodatek po latach okazało się, że ojciec
wyobraźni milionów dzieci był tajnym współpracownikiem
FBI. Agencji, przypomnijmy,
rządzonej przez kolejną ikonę bezwzględnej
walki z komunizmem – Johna Edgara Hoovera.
Życiowe wybory do dziś mają swoje odbicie w najróżniejszych oskarżeniach czy interpretacjach twórczości Disneya. Przykładem może być niedawny tekst w polskiej edycji „Newsweeka”, w którym czytamy: „Disney szybko wrócił do bajek: »Dumbo«, »Bambi«, »Kopciuszek«, »Piotruś Pan« to już familijne kreskówki bez artystycznego zacięcia. Świetnie pasowały do konserwatywnej Ameryki lat 40. i 50.: śliczne księżniczki, niczym perfekcyjne panie domu, ze śpiewem na ustach sprzątały i zmywały, czekając na wymarzonego księcia. W »Song of the South« z 1946 r. Walt posunął się jeszcze dalej: pokazał szczęśliwych czarnoskórych niewolników wspominających dobre czasy na farmie białego farmera”.
Przy bliższym przyjrzeniu się takim
oskarżeniom widać złośliwość i nieuczciwość
ich autorów. W końcu nawet w „Dumbo” antyrasistowscy
inkwizytorzy dopatrzyli się, że złe
kruki mają czarny kolor. Tak jakby kruki mogły
mieć inną barwę. Większość wydumanych zarzutów
w stosunku do rzekomych grzechów
Disneya jest właśnie na takim poziomie.
Paradoksalnie komuniści nie kryli swojej
miłości do Myszki Miki. Nikita Chruszczow,
będąc w 1959 r. w USA, chciał jechać do Disneylandu,
zaś w ubiegłym roku Myszka Miki
i Myszka Mini śpiewały i tańczyły dla północnokoreańskiego
komunistycznego siepacza
Kim Dzong Una i jego generałów. Wytwórnia
Disneya wydała oświadczenie potępiające
występ, jednak w Korei nie obowiązują
prawa autorskie. Czy komuniści wiedzieli,
że Walt Disney założył grupę o nazwie Motion
Picture Alliance for the Preservation of
American Ideals, która miała być „wyrazem
buntu przeciwko narastającej fali komunizmu,
faszyzmu i podobnych przekonań”?
W organizacji broniącej show-biznesu przed czerwonymi znaleźli się m.in. Ronald Reagan, Clark Gable, Gary Cooper, John Wayne czy Ayn Rand. Ironia losu? „Jeśli potrafisz o tym marzyć, to potrafisz także tego dokonać” – powiedział kiedyś Disney, który marzył zapewne o upadku komunizmu. I tego marzenia nie mogą mu wybaczyć dzisiejsi spadkobiercy czerwonej ideologii. Mimo że kochają Myszkę Miki i pewnego zabawnego Kaczora.
Łukasz Adamski (wSieci)
————————————————————————-
Polecamy wSklepiku.pl!
„Walt Disney. Potęga marzeń. Biografia”
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kultura/250393-walt-disney-antykomunista-ktory-do-dzis-drazni-lewice