Nie lubię progresywnego rocka. Nie lubię również progresywnego metalu. Nazwy takie jak Pendragon, Marillion, Riverside, Porcupine Tree czy Opeth powodują u mnie estetyczny niesmak. Nie znoszę tej całej otoczki, która wiąże się z szeroko rozumianą progresją, elitarności słuchaczy, egzaltacji w recenzjach i wypowiedziach, akcentowanej wrażliwości muzyków i odbiorców. Niechęcią darzę progresywne podejście do tworzenia muzyki. Odpowiedź na tekst : PROGRES DUCHOWY – subiektywny przegląd tego, co cenne w art rocku

PROGRESYWNOŚĆ A REGRESYWNOŚĆ

W zasadzie powinienem na początku oddzielić coś, co graniem progresywnym nazywa się siłą przyzwyczajenia i źle pojętej tradycji, od tego, co jest nim w istocie. W całym artykule dla uniknięcia komplikacji będę posługiwał się terminem „progresywność” w tym pierwszym znaczeniu. Zdaję sobie sprawę z faktu, że istnieje i istniało sporo zespołów, które śmiało można zaliczyć do grupy kapel progresywnych, to jest postępowych, eksperymentatorskich, wykorzystujących z powodzeniem przeróżne nietypowe rozwiązania formalne. Mówię tutaj o King Crimson, Van der Graaf Generator, wczesnym Pink Floyd, Gentle Giant. Na scenie metalowej można by tu wymienić chociażby Watchtower, Coroner, Voivod. Naturalnie, nie jest moim założeniem, aby w tym miejscu wymieniać dziesiątki nazw. Chcę zwrócić uwagę na fakt, że prawdziwa progresywność polega, jak wspomniałem wcześniej, na zastosowaniu rozwiązań nowatorskich, do tej pory niespotykanych, albo słyszanych bardzo rzadko. To pierwsza rzecz. Drugą jest otrzymana w ten sposób spójność. Nie sposób połączyć ze sobą sprzecznych elementów muzycznej układanki, sztuką jest otrzymać na tej drodze dzieło spójne, o wysokim stopniu artystycznej wartości.

Z drugiej strony dzisiaj mianem progresywnego rocka czy metalu nazywa się najczęściej muzykę, która wykorzystuje brzmienia i kompozycyjne struktury wymyślone już w latach 70. przez grupy takie jak Pink Floyd, Genesis, Yes, Rush, czy King Crimson. Oczywiste jest, że utwory, które w ten sposób powstają, są wtórne wobec swoich pierwowzorów, a w dodatku najczęściej tworzone przez ludzi obdarzonych mniejszym talentem. Można więc posłużyć się w tym miejscu określeniem regresywności, jako wtórności, będącym naturalnie złośliwą grą słów w stosunku do pierwotnej nazwy.

GRZECH PIERWSZY – NAZWA

Już sama nazwa, art rock, bo tak również mówi się na gatunek progresywnego rocka, powinna budzić protest. Termin ten sugeruje, że pozostałe gatunki muzyki rockowej sztuką nie są, a tylko art rock wznosi się na jakiś Parnas. Jest to ewidentnym fałszem, gdyż muzyka jako całość przynależy do sfery sztuki, będąc częścią kultury popularnej. I jak w każdym gatunku ludzkiej twórczości, można w niej znaleźć dzieła o wysokim kunszcie, jak i słabe rzemiosło. Współczesny rock progresywny, jako zjawisko polegające na kopiowaniu starych wzorców i przedstawianiu ich w nowej odsłonie, jest raczej rzemiosłem, taśmowym produktem niż sztuką. Tą drugą będzie każdy przykład dzieła nowatorskiego, przełamującego konwencję, albo wykorzystującego stare wzorce, ale w świeży, naturalny sposób. I tak, słabym rzemiosłem będą chociażby płyty Riverside, które niczego nowego do rocka nie wnoszą, kiepskim przykładem progresywnego metalu będzie większość albumów Dream Theater, na których spotkamy się jedynie z przerostem formy nad treścią.

GRZECH DRUGI – FORMALIZM

Przerost formy nad treścią jest kolejnym grzechem art rocka i progresywnego metalu. Często dzieje się tak, że utwór, który rozciągnięty jest w kilkunastominutową suitę, mógłby trwać o wiele krócej. Nie jestem wrogiem długich kompozycji, natomiast czas trwania piosenki powinien nieść za sobą pewne urozmaicenia. Zaraz ktoś powie, że w muzyce ambient czy drone istnieją utwory, które trwają po kilkadziesiąt minut, a powtarza się w nich jeden i ten sam motyw. Jest to prawdą, ale trzeba zauważyć, że gatunki te rządzą się innymi prawami i nie można porównywać progresywnego rocka i metalu, jako grania z definicji skomplikowanego formalnie, nastawionego na epicką opowieść muzyczną, z minimalistyczną strukturą dronową. Mamy więc kompozycyjne rozbuchanie, za którym idzie pustka. Budowanie atmosfery, charakterystycznego klimatu rozbudowanej opowieści, które jest założeniem muzyków, najczęściej zmienia się w nudę i pretensjonalny kicz. W formalizmie chodzi o to, aby zaznaczyć różnicę między światłymi luminarzami art rocka, a barbarzyńcami grającymi proste trzy akordy. Wydaje się muzykom, że wystarczy połączyć ze sobą pseudosymfoniczne brzmienia instrumentów klawiszowych, dziesiątki gitarowych solówek, karkołomne przejścia bębnów, jazzową melodykę, czy tę pochodzącą z romantycznej muzyki klasycznej, aby otrzymać dzieło ciekawe. Nic bardziej mylnego. Forma, która nie jest napełniona treścią, zawsze pozostaje pusta.

GRZECH TRZECI – BRAK ROCKA

Dochodzimy w końcu do paradoksu, który jest jednym z głównych błędów progresywnego rocka i metalu. W art rocku nie ma rocka, a w metalu progresywnym nie ma metalu. Nie pomyliłem się, już wyjaśniam. Aby zdefiniować muzykę rockową, należy udać się do jej korzeni, czyli do Presleya za Oceanem i The Beatles na Wyspach Brytyjskich. Synonimem tak pojętego rocka jest rock and roll, muzyka prosta, dzika, nieokiełznana, bazująca na rytmie, w swoim założeniu atawistyczna, zwierzęca niemal. Jeżeli spojrzymy na historię muzyki rockowej z perspektywy, okazuje się, że najwartościowsze, najbardziej wpływowe dzieła w tym gatunku zawsze odwoływały się do pierwotnych założeń. The Beatles, The Rolling Stones, Led Zeppelin, Black Sabbath, Sex Pistols, The Clash, Joy Division – to Wielka Brytania. Elvis Presley, The Stooges, New York Dolls, Velvet Undergound – to Stany Zjednoczone. Co łączy tych wykonawców? Pierwotna, animalistyczna energia, siła, charyzmatyczność. Natomiast obiecujące, eksperymentatorskie początki progresywnego rocka w ciągu kilku lat zmieniły się w mało ciekawe, pozbawione polotu granie dla nudziarzy Nota bene, zostało ono całkiem słusznie zdmuchnięte przez punkrockową rewoltę, która była niczym innym jak kolejnym odczytaniem rockandrollowego wzorca.

GRZECH CZWARTY – FETYSZ SZKOŁY MUZYCZNEJ

Szkoły muzyczne mają to do siebie, że zabijają talenty, tłamszą ciekawość odkrywania nowych rozwiązań. Wypuszczają muzyków świetnie przygotowanych do grania pod względem technicznym, ale zupełnie jałowych twórczo. Ilekroć słucham współczesnego rocka progresywnego, odnoszę wrażenie, że tworzony jest on przez takie właśnie osoby. Umiejętności formalne grajków stoją na wysokim, albo nawet bardzo wysokim poziomie; zespoły te tworzone są przez muzyków zapewne wrażliwych i obdarzonych biegłością w obsłudze swoich instrumentów, natomiast co z tego, jeśli z większości artrockowych płyt wieje nudą: przypominają one wprawki, które musi grać biedny uczeń, aby przed wielce szanownym profesorskim gronem zdać kolejny egzamin.

GRZECH PIĄTY – BRAK EMOCJI

Z tym, co powyżej, wiąże się brak emocji. Paradoksalnie, czytając recenzje progresywnych płyt, spotkamy się z odmienionymi przez wszelkie przypadki nazwami uczuć. A to smutek, a to melancholia, a to radość, najczęściej pojawiają się one pod wspólnym mianownikiem – emocjami. Jeżeli tą nazwą ukryć by rozmemłanie, płaczliwość, nudę, zgadzam się, to również jest sfera odczuć. Tyle, że zupełnie obca muzyce rockowej i jednostronna. O wiele silniejszy ładunek emocjonalny ma kilka dźwięków w „Isolation” Joy Division, niż ich setki w wymyślnych suitach Pendragon. Brak ekspresji w muzyce rockowej jest również grzechem progresywnego metalu. Pierwsze płyty Szwedów z Opeth, zespołu uznanego za jeden z najważniejszych przedstawicieli tego gatunku, nie miały wiele wspólnego z nudnym graniem o siedmiu zbójach. Muzyka zawarta na „Orchid”, „Morningrise” oraz „My Arms Your Hearse” była interesującym konglomeratem mrocznego heavy metalu w stylu Mercyful Fate oraz death i black metalu. Gdy na czwartym albumie „Still Life” pojawił się w charakterze producenta lider Porcupine Tree Steven Wilson, powiało nudą. Zespół nigdy nie wrócił do świeżości i ekspresji pierwszych albumów, chociaż pod względem formalnym przez długi czas grał podobną muzykę, opartą na kontrastach między elektrycznymi oraz akustycznymi partiami oraz między krzyczanym a śpiewanym wokalem. Artrockowy sznyt producencki spowodował roztopienie się muzyki Opeth w progresywnej magmie. Wilson popsuł dobrze zapowiadającą się, ambitną kapelę, która dzisiaj gra niestrawną, prawie radiową, rodem z Trójki, martwą i wykalkulowaną muzykę.

GRZECH SZÓSTY – MARTWOTA

Można by zarzut ten postawić całej muzyce rockowej, która ostatnią, twórczą rewoltę przeszła w pierwszej połowie lat 90. za sprawą sceny z Seattle. Z początku reprezentowanej w muzycznej niszy przez kapele takie jak Tad, Mudhoney, Mother Love Bone czy Nirvana. Ten ostatni z wymienionych zespołów swoim drugim albumem „Nevermind” spowodował erupcję grup, których granie chociaż do siebie niespecjalnie podobne, określane było jako grunge. Alice In Chains, Soundgarden czy Pearl Jam reprezentowały ostatni świeży powiew w rocku. Potem już grało się tylko jak ktoś inny. Jak Nirvana, jak Joy Division, jak The Cure – obecnie rock to tylko banda jaków. Nie inaczej jest w progresie. Tyle, że martwota występuje w tej muzyce podwójnie. Jest związana nie tylko z brakiem ekspresji, ale i z brakiem artyzmu. Obecnie jedynie poprzez emocje można jeszcze w muzyce rockowej uzyskać pożądane efekty. Tych w art rocku ani metalu progresywnym nie uświadczymy.

GRZECH SIÓDMY – KICZ

Ten grzech nie jest oczywiście wyjątkowy, bo występuje również u przedstawicieli innych gatunków muzycznych. Jednak w rocku i metalu progresywnym jego natężenie jest większe niż gdzie indziej. Kicz ten nie jest przez wielu fanów rozpoznany; mają oni po prostu zbyt kiepski gust, aby stwierdzić jałowość i mieliznę większości grup z omawianego właśnie kręgu. Niestety, wpływ na wypaczenie smaku miał i ma wciąż Program III Polskiego Radia. Gdy w latach 80. i z początku dziewiątej dekady XX wieku dostęp do muzyki na naszym rynku był ograniczony, redaktorzy muzyczni, wraz ze świętej pamięci Tomaszem Beksińskim na czele, kształtowali gusta słuchaczy, zapoznając ich z taką samą ilością wykonawców bardzo dobrych, jak i bardzo złych. Wspomniany wyżej Beksiński potrafił zachwycać się Joy Division czy The Cure – absolutnymi klasykami muzyki postpunkowej, a w tym samym momencie stał się promotorem zespołu kompletne kuriozalnego, szwajcarskiej Lacrimosy, która muzykę tworzyła na przecięciu rocka gotyckiego, metalu, rocka progresywnego oraz muzyki symfonicznej, okraszając całość melodiami rodem z kiepskiego… cyrku. Już samo wspomnienie zespołu powoduje, że z trudem opanowuję złośliwości. Kicz rocka progresywnego polega na tym, że podaje on w wersji uproszczonej (a upraszczanie jest główną cechą kiczu) motywy jazzowe, klasyczne bądź rockowe. Drugim przymiotem kiczu jest efekt końcowy, inny od zamierzonego. Mamy więc nudę zamiast emocjonalnego zaangażowania, czułostkowość zamiast wyrażania miłosnej ekspresji, w końcu śmieszność miast wzniosłości.

Współczesny rock i metal progresywny jaki jest, każdy widzi. To od lat gatunki martwe, czego nie zmienią ani kolejne wypociny Dream Theater, ani niby to nowatorskie pomysły z łacińskim śpiewem w zespole Amaryllis. Lekarstwem nie będą zapewne dalsze wydawnictwa projektów Stevena Wilsona, ani płyty nieznanych jeszcze zespołów. Art rock i progresywny metal pozostaną jedną z wielu propozycji na przeżywającym permanentny kryzys rynku muzycznym. Propozycją pozbawioną witalności rock and rolla, wykorzenioną z rockowej tradycji, śmieszną w swoim patosie i sentymentalną niczym najgorszego sortu poezja śpiewana.

Michał Żarski

---------------------------------------------

Zachęcamy do odwiedzenia naszego sklepu wSklepiku.pl!

Znajdziesz tam mnóstwo ciekawych książek, audiobooków, poradników oraz bardzo atrakcyjne gadżety portalu!