WORLD WAR Z czyli zombie w wersji 2.0 RECENZJA DVD

Wszystkie filmy o zombie mają ten sam schemat. Za wyjątkiem wybitnego serialu „The Walking Dead”, który oprócz niekonwencjonalnego ujęcia walki ludzi z zombie, skupia się na jeszcze innych szalenie istotnych pobocznych elementach, każdy widz dobrze wie zawsze czego się spodziewać po filmie o zombie. Jedyne co odróżniało od siebie poszczególne obrazy ( nie piszę o komediach w stylu „Wysyp żywych trupów”) to przerzucenie ciężkości narracyjnej. U Dannego Boyla w „28 dniach później” widzieliśmy opuszczony Londyn, który symbolizował samotność jednostki w zderzeniu z niezrozumiałym dla niego kataklizmem. W znakomitym remaku „Świt żywych trupów” Zacka Snydera dostaliśmy nie tylko zawadiacko-chuligańsko opowiedzianą klasyczną historię dzieciaka wychowanego na horrorach Romero i Cravena, ale również delikatną ( bez łopatologii tego pierwszego) krytykę konsumpcjonizmu współczesnego świata. W innych filmach o żywych trupach można dostrzec również przykład rozpadającego się ładu społecznego w zderzeniu z apokalipsą. Jaka jest najnowsza filmowa wersja wojny z zombie?**

Przede wszystkim jest to uczta dla oka. Pierwszy raz możemy oglądać plagę zombie w skali globalnej. Oglądając jedną z ostatnich scen „28 dni później”, w której bohater pogrążonej w chaosie Wielkiej Brytanii, która zdaje się być totalnie wyludniona, widzi lecący na niebie samolot i zdaje sobie sprawę, że gdzie indziej życie toczy się inaczej, zastanawiałem się jak wirus rozprzestrzenił się w innych krajach. „World War Z” opowiada o byłym specjaliście ONZ, który wraz z rodziną zostaje uratowany z opanowanej przez zombie Filadelfii przez kierownictwo ONZ , by znalazł wraz ze specjalistą z Harvardu i oddziałem Navy Seals źródło dewastującego świat wirusa. Gary Lane ( Brad Pitt) trafia w końcu do Jerozolimy, która pozostała niespodziewanie nietknięta. Żydzi jako jedyni przygotowali się na atak zombie budując wielki murów wokół swoich miast.**

Spokojnie. Wbrew zapowiedzi nie jest to antysyjonistyczna opowiastka o Żydach, którzy nie tylko wiedzieli, że George W. Bush rozwali WTC, ale sprytnie zorganizowali obronę swoich obywateli. Mimo tego, że pobrzmiewa w scenach izraelskich ( gdzie widzimy ratowanych przez Żydów chrześcijan, muzułmanów i pogan wspólnie śpiewających pod murami Jerusalem pieśni) pięknoduchostwo z ostatnich scen „Pojutrze”, to twórcy nie zasypują nas tanią publicystyką. Zamiast tego wsiadamy do rollercoastera i pędzimy przez żywą falę zombie wlewającą się przez mur, który wrażliwi na dobro terrorystów widzowie pewnie odpowiednio zinterpretują. Podejrzewam, że mało kto przejdzie jednak obojętnie obok doskonale sfilmowanej wojny z zombie w murach miasta, gdzie na mękę szedł 2 tysiące lat wcześniej sam Jezus Chrystus. I zapewniam, że nie trzeba jej oglądać w 3D by czuć dociskanie w fotelu.

Robert Forster, który jest autorem kilku intymnych i skromnych filmów, nie naśladuje jednak Michaela Baya, i potrafi świetnie wyważyć epicki rozmach z ujęciami, gdzie swój nieprzeciętny talent dramatyczny może pokazać Brad Pitt. Reżyser ciekawie też buduje napięcie w klasyczny dla twórców horrorów sposób w scenach rozgrywających się w siedzibie WHO w Cardiff. Duszna atmosfera sterylnych, długich korytarzy idealnie kontrastuje w filmowanymi z góry ujęciami żywych fal zombie zalewających miasto. Jak już pisałem scenariusz „World War Z” nie wnosi zasadniczo nic nowego do filmów o zombie, ale też nie psuje w najmniejszym stopniu odbioru tego rodzaju kina. W tej opowieści chodzi o dobrze nam znaną apokaliptyczną historię, która tym razem jest opakowana w wersje 2.0. Czy fan filmów o zombie może chcieć czegoś więcej?

Łukasz Adamski

„World War Z”, USA 2013, reż: Robert Forster, wyst: Brad Pitt, Mireille Enos, James Badge Dale, David Morse.

Autor

Wiadomości Google

Kliknij Obserwuj i bądź na bieżąco!

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...