Chyba trzeba zacząć od pewnych wyjaśnień – do Andrzeja Sapkowskiego posiadam stosunek, który można określić jako „skomplikowany”. Z jednej strony jest on ojcem założycielem polskiej fantasy, autorem do którego równać i inspirować się którym powinni młodzi autorzy pragnący pisać fantasy. Człowiekiem, który stworzył przeogromny świat i sprawił, że dało się weń wejść bez reszty i przez te kilka tomów zapomnieć gdzie i kim naprawdę jesteśmy. Z drugiej jest Sapkowski autorem warsztatowo nierównym – jego opowiadania to materiał dla studentów. Mistrzostwo formy i treści, poezja języka. Natomiast w powieści Sapkowski nie sprawdza się zupełnie – narracja rozłazi się, dramaturgia leży i rzecz broni się tam, gdzie wprowadzone są fragmenty statyczne, gdy Sapek daje nam chwilę oddechu i wplata w powieść mini-opowiadania – mistrzowskie, jak cała krótka forma spod jego pióra. Jest też Sapkowski, że użyję określenia Rafała Ziemkiewicza „Sienkiewiczem wydrążonym”, autorem piszącym pięknie, ale pusto, ukrywającym głupio-mądre myśli w potoku literackiego mistrzostwa na tyle skutecznie, że czytelnicy uwierzyli, że czytają coś naprawdę mądrego i odkrywczego.

Więc tak – stosunek zdecydowanie mieszany. Jest Sapkowski pisarzem wielkim, ale i mającym poważne „felery”. Potrafi pisać o uczuciach wspaniale, jednocześnie nie rozumiejąc wielu zjawisk, a mądrząc się, niby to głosząc mądrość, a w istocie – głosząc banialuki. Jednak określając Sapkowskiego pisarzem „nierównym” byłoby doprawdy nadużyciem. Sapkowski jest literackim mistrzem, i to właśnie na tle tego mistrzostwa wspomniane felery irytują tak mocno.

Nie, jeszcze nie o Sadze o Wiedźminie. Na razie pomówmy o tzw. Cyklu Husyckim vel Trylogii Husyckiej. W moim przekonaniu jest to najlepsza „robota” Sapkowskiego. Nie tylko ukazuje ona prawdziwie wielką erudycję autora (jakże brakuje jej współczesnym, polskim „ludziom pióra” czytującym głównie prozę własną i jej recenzje), nie tylko jest Hus-trylogia popisem literackiej maestrii. To rzecz, której żaden współczesny autor fantastyki nie miałby odwagi napisać. Sapkowski popada w niej co prawda w tanią antyreligijność (tak, wiem, że po tym zdaniu przestajecie czytać i śmigacie produkować się w komentarzach, do miłego!), z drugiej strony jest to historia piękna i tragiczna, emocjonalnie rozpalona do białości, i żaru tego nie pokrywa historyczny kostium. Pierwszy tom jest co prawda nijaki i traktuje takoż o niczym, jest on jednak przyjemnym wstępem, który czytamy dla smakowania języka mistrza, tych gier i zabaw z naszą własną wiedzą i naszym własnym intelektem. Tom drugi, „Boży Bojownicy”, to już jest jednak absolutny majstersztyk formy, budowy i treści. Powieść odbija od wydarzeń z tomu poprzedniego, wciąga już we wcale nie małą polityczną intrygę i kreśli obraz świata przecież realnie, historycznie istniejącego w taki sposób, że naprawdę stajemy się jego częścią. W tomie trzecim już pojawiają się stare, Sapkowskie grzechy, z rozlazłą narracją i wielkim zawodem jakim jest zakończenie, na czele. Mimo to odkładając książkę po lekturze żałujemy, że to już koniec.

Podobnie mamy ze „Żmiją”, na którą wylano całe morze fandomowego „hejtu”. Nie pojmuję dlaczego. „Żmija” to powieść odważna, literacko wysmakowana, przedstawiająca fantasy w innej, nowej, nieznanej formie. Być może właśnie o to chodziło? Być może polski fandom sam chwalący (i produkujący) w kółko more of the same tym się właśnie zawiódł? Może była to faktycznie powieść dla wielu zbyt odważna, zbyt wymagająca? Może, może, może. To „może” wraca teraz z zapowiedzią „Sezonu Burz” – nowej opowieści w wiedźmińskim świecie. Czym będzie „Sezon Burz”? Wielką zgrywą? Historią alternatywną? Zagraniem fanom na nosie? Pierwszy rozdział, ujawniony za darmo w Internecie, raczej nie porywa, choć czuć w nim rękę Sapkowskiego. Czy jednak popadnie autor w pętlę spin-offów i wielotomowości, „zakochania” we własnym bohaterze, co tak przecież skrytykował wiele lat temu, pisząc esej „Piróg” w Nowej Fantastyce? Swoje własne zasady złamał przecież wtedy szybko, ruszając wnet z sagą o wiedźminie. Z drugiej umie Sapkowski bawić się swoją literaturą, swoimi przekonaniami, swoją twórczością.

Tak czy inaczej czekać na „Sezon Burz” warto, bo nawet jeśli będzie to mistrza rzecz nienajlepsza i jak napisał tłumacz Krzysztof Sokołowski vel Lapsus Calami, podniesie ona fantastyczną średnią. Średnią zresztą zawieszoną już dość nisko. Niech wróci Sapkowski i podniesie poprzeczkę z gleby.

Arkady Saulski