Dla widza przyzwyczajonego do polskiej komedii (Bareja, Machulski) wysiedzenie w kinie na seansie filmopodobnych produktów à la „Kac WaWa” czy „Wyjazd integracyjny” wydaje się cięższe niż wizyta na fotelu nazistowskiego dentysty w „Maratończyku”.
Spokojnie. Nie zamierzam streszczać kolejnego tzw. filmu z tej szufladki z napisem. Nie ma to większego sensu.
Na DVD wychodzi właśnie „Last minute” o polskiej rodzince na wakacjach w Egipcie. Ta „komedia” idealnie pasująca do kilku innych produktów z celebrytami w rolach głównych, nawet nieudającymi, że zależy im na czymś innym niż kasa na koncie, jest przepełniona żartami, które mógłby napisać Tadeusz Drozda, będąc na Rytalinie. Chyba że skaczący do basenu polski turysta tracący kąpielówki śmieszy kogokolwiek poza fanami „Śmiechu warte”.
Kiedy się ogląda „Last minute”, linijka tekstu z płyty grupy Kaliber 44 staje się ciałem. „Panie Vega, idź pan w… z takim żartem” – chciałoby się sparafrazować prekursorów polskiego rapu.
I tutaj dochodzimy do sedna problemu filmu, który nie zasługuje nawet na omówienie w tej rubryce. Wyreżyserował go Patryk Vega. Kim jest człowiek o nazwisku jednego z najciekawszych bohaterów Quentina Tarantino?
Otóż autorem najlepszego serialu policyjnego w historii polskiej kinematografii. „Pitbull” był przełomem w sposobie pokazywania Polski w kinie. Dwie pierwsze serie pokazały, że Vega jest zarówno ekranowym drapieżnikiem, jak i potrafi się delikatnie usunąć w cień, pozwalając, by widz nie dostrzegał jego ręki na ekranie. Po serialu, który podbił serca Polaków, wydawało się, że reżyser stanie się odkryciem w polskim kinie co najmniej na miarę Wojtka Smarzowskiego. Niestety na nadziejach się skończyło. Vega po sukcesie „Pitbulla” od razu rzucił się w wir dennego, komercyjnego chłamu, jaki od lat zalewa nasze kina.
Najdobitniej było to widać w jego pierwszej znanej komedii. „Ciacho” chyba nawet w opinii dystrybutora było słabe, bo nie zorganizowano mu nawet pokazu prasowego, a scena penetracji odbytu Karolaka, która była szczytowym grepsem filmu, dziś stanowi odniesienie do twórczości Vegi. Następnie twórca „Pitbulla” zrealizował scenariusz Władysława Pasikowskiego „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć”. Niezły film akcji kazał przypuszczać, że „Ciacho” było jedynie wypadkiem przy pracy i zostanie zmazane w następnych produkcjach reżysera. Okazało się jednak, że Vega to mistrz rozwiewania nadziei.
W Hollywood mówi się, że reżyser jest wart tyle, ile jego ostatni film. Polska kinematografia niestety kieruje się zupełnie innymi kryteriami, choć i u nas przekroczenie pewnych granic nie ujdzie płazem. Czy to last minute Vegi się zbliża? Chyba nawet na ten lot reżyser się spóźnił.
Łukasz Adamski
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kultura/248821-mistrzostwo-w-rozwiewaniu-nadziei-czyli-upadek-vegi-w-last-minute
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.