Niepokoi ta powieść. To co wydarzyło się w Świętym Wrocławiu jest tajemnicą – czy stał się tam koniec świata? Czy wstali dawni bogowie? Poszukajmy odpowiedzi – zwłaszcza, że lada chwila „Świętego Wrocławia” wznowienie.
Napisać o Orbitowskim, że to enfant terrible polskiej fantastyki to chłopa obrazić. Jak opisać tego pisarza? Mam propozycję – „geniusz o powierzchowności dresa”. Cytat nie mój – kolegi. Ale trafny. Opowiem coś Państwu. Rok 2011, wielka trójmiejska feta z okazji Nagrody Literackiej Gdynia. O wizycie tercetu Dukaj – Szostak – Orbitowski dowiedziałem się na półtorej godziny przed faktem. Zjawiłem się. Trzech naprawdę nieprzeciętnych pisarzy, intrygująca, luźna rozmowa o literaturze. Rozmawiali akurat o „Wiecznym Grunwaldzie” Twardocha i „Balladynach i romansach” kogoś-tam. Siedziałem jak zaczarowany – dlaczego, pytam, dlaczego tak rzadko się rozmawia w ten sposób o literaturze?
Potem podpisy, podchodzę do Orbitowskiego, podaję książkę, zagaduję. On wykonuje nieokreślony gest dłonią „Poczekaj – mówi – zaraz pójdziemy na fajkę”. Poszliśmy. I wtedy też – fascynująca rozmowa o literaturze, przeplatana sprośnymi żartami, o cotygodniowym cyklu felietonów Łukasza w Przekroju, o tym, że pomysł na opowiadanie „Popiel Armeńczyk” przyszedł mu do głowy gdy z kolegą zjarany oglądał „Labirynt Fauna” i Kazimierz Kutz, prychający na nas przez szybę – bo paliliśmy zbyt blisko okna. Tak to zeszło. Rozstaliśmy się pod piwiarnią.
Po co o tym piszę? Bo poznanie Łukasza pozwala nam inaczej popatrzeć na jego literaturę. To nie jest wydelikacony pisarz, literacka primadonna obrażająca się na krzywe spojrzenie krytyki. To pisarz świadomy swojej wartości i wartości swoich dzieł. Piszący mocno, zarówno rozumem jak i sercem – nie tym mitycznym, duchowym organem, lecz śliskim mięśniem, z chlupotem pompującym krew. Bo taka jest ta literatura – prawdziwa.
Taki jest właśnie „Święty Wrocław”, gdy ponure, czarne kolumny wrocławskiego blokowiska wyrywa się mrokiem do naszego świata, taka jest opowieść o szaleństwie jego mieszkańców, o uzdrowicielskiej boskiej/szatańskiej mocy blokowiskowej czerni. Taka wreszcie jest miłość łącząca parę bohaterów i nienawiść, gorąca nienawiść i strach. I tajemnica.
To tętni. Czujemy tę literaturę pod skroniami – chłoniemy, czujemy sobą. Dudni nam pod czaszką jeszcze długo po przeczytaniu. Napisana w roku 2009, część końcowych scen nabrała znaczenia pod krzyżem „na krakowskim” rok później, gdy widzieliśmy to samo szaleństwo i szczerą wiarę. Święty Wrocław stał się Wrocławiem proroczym.
„To co wydarzyło się w Świętym Wrocławiu wiedzą wszyscy. Nie wie nikt”. Czy pozwolimy sobie na wejście do Świętego Wrocławia? A czyż Święty Wrocław nie wszedł już przypadkiem w nas?
Arkady Saulski
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kultura/248340-wroclaw-swiety-i-przeklety-geniusza-o-powierzchownosci-dresa-nasza-recenzja
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.