Daleki Kres. On jest lepszy niż autor „Gry o tron”

Nie do końca pojmuję ten zachwyt nad dość słabym w końcu serialem jakim jest „Gra o Tron”. Jeszcze mniej pojmuję zachwyt nad literackim pierwowzorem. Szczególnie w Polsce – ojczyźnie pisarza trochę jakby nieznanego, a o wiele lepszego niż Martin.

Mówię tu o Feliksie W. Kresie. Jeżeli uważają się Państwo za miłośników fantastyki, ze szczególnym uwzględnieniem fantasy, a nie znają tego nazwiska, to mogę tylko współczuć. Kres od początku lat 90-tych tworzył fantasy (choć sam nienawidził tego słowa, a gatunek uważał za fantastycznego pariasa „tylko półkę wyżej nad katalogami Ikei”) nieprzeciętną. To literatura trudna w odbiorze, niepokojąca i pozostająca w pamięci. Świat stworzony przez Kresa jest przy tym o wiele bardziej rozbudowany i skomplikowany niż świat Martina, a bohaterowie – jeszcze bardziej żywi i wiarygodni. Jeśli Martin jest dobrym hamburgerem z kolegami, to Kres staje się wykwintną ucztą w towarzystwie noblistów.

Kres (właściwie – Witold Chmielecki) swoją literacką podróż zaczął w roku 1983, opowiadaniem „Mag”, które sam określił jako wyjątkowo nieudane i marne. To jeden z charakterystycznych rysów charakteru tego pisarza – graniczny samokrytycyzm i równie daleki perfekcjonizm. Samego siebie Kres nazywa rzemieślnikiem, i rzeczywiście – jego teksty to wycyzelowane językowo perły. To nie jest (nie uciekniemy od tego porównania) prosty, funkcjonalny, anglosaski styl Martina. Kres operuje językiem w sposób porywający, wciąga nas w podróż po świecie Szereru w taki sposób, iż już po kilku stronach kreowane przezeń obrazy przewijają się w oczach wyobraźni.

Właśnie – Szerer. Fantastyczna kraina Kresa to miejsce stworzone przez ślepą i jednocześnie wszechwładną siłę – Szerń. Ta przepotężna moc (istota? maszyna?) nie posiada rozumu i celu – stworzyła świat jakby przypadkiem, nie ustrzegając się przy tym pewnych błędów. Jest też druga potęga – Aler. Równie potężna, konkurencyjna wobec Szerni, tworząca życie, będące jakby kaleką wersją dzieła Szerni. Aler wyrwał z kontynentu spory kawał na dalekiej północy i tam też, pod „innym niebem” trwa walka ludzi ze stworzeniami Aleru. Tyle skala kosmiczna. A skala mikro? Przez sześć tomów „Księgi Całości”, czyli cyklu o Szererze obserwujemy zarówno wielką politykę, jak i drobne losy pojedynczych postaci. Szarpiące bohaterami miłości, niesnaski i konflikty – wielką namiętność i wielką nienawiść, wreszcie ludzką podłość i małość, która może prowadzić do tragedii lub triumfów całych narodów. A to wszystko w przepięknie opisanym i arcywiarygodnym kostiumie, do jakiego jesteśmy w fantasy przyzwyczajeni.

Niestety – „Księga Całości” jest cyklem niedokończonym. Pod koniec 2010 roku Kres ogłosił rezygnację z pisania. Całkowitą i podobno ostateczną, choć Jakub Winiarski (obecnie naczelny Nowej Fantastyki) twierdzi, że Kres takich aktów strzelistych dokonywał w swojej karierze już kilka. Niestety – mimo moich nadziei Kres wciąż milczy. Przyjrzyjmy się więc temu co zostało i opowiedzmy sobie dlaczego warto sięgnąć po Kresa, a Martina odstawić na później.

„Księga Całości” nie jest cyklem sensu stricte – owszem, chronologiczna lektura tomów pomaga, jednak każda część to indywidualna powieść, którą można czytać nie znając pozostałych i nic przy tym nie traci się z tej uczty. I choć wiele postaci przeplata się przez kilka tomów, to jednak nie musimy znać ich losów z wcześniejszych powieści, tym samym zacząć przygodę z Kresem można nawet od tomu ostatniego. Ja jednak będę wierny chronologii – opowiedzmy sobie krótko o poszczególnych tomach w odpowiedniej kolejności.

„Północna Granica” to opowieść o konflikcie z armiami Aleru. Grupa żołnierzy pod dowództwem młodego oficera jazdy Rawata, wyrusza by zetrzeć się z grupą nieprzyjacielskich wojsk. Jednak z czasem okazuje się, że czyhają na nich siły o wiele potężniejsze niż się spodziewano. Fabuła jest na początku dość banalna, jednak już po pierwszym starciu wojsk Imperium Armektu (najpotężniejszego państwa na kontynencie) zauważamy, że nie jest to klasyczne fantasy. Widzimy budzące organiczny sprzeciw ludzkie okrucieństwo, małość i intrygi. Bohaterowie żyją i umierają, cierpią, ale i odnoszą triumfy, jak również potrafią dokonywać czynów szlachetnych. Są po prostu ludźmi. Sznytu powieści i światu dodaje obecność rozumnych kotów. Jest to jedna z trzech obok ludzi i rozumnych sępów, rasa zamieszkująca Szerer.

„Król Bezmiarów” z kolei to powieść nagrodzona Zajdlem – tym razem przenosimy się na morza wokół kontynentu by obserwować walkę córki pirackiego kapitana ze swoimi siostrami. Jednak oprócz genialnie opisanych starć morskich jest to przede wszystkim powieść o narodach. Tak – o narodach właśnie! W całym tomie wyczuwamy nadchodzącą historię – Imperium jest u szczytu potęgi i z tego właśnie względu jego władcy są mniej uważni – a to sprzyja rebeliom.

„Grombelardzka Legenda” rzuca nas w jeszcze inne miejsce kontynentu. To zdecydowanie najlepszy tom całego cyklu – w tej wielowątkowej opowieści spokojnie mieści się więcej historii i wątków niż we wszystkich tomach Martinowej sagi. Grombelard – kraina zniszczona wcześniejszą o wieki wojną Szerni z Alerem jest domem rozumnych sępów, ale także górskich bandytów, toczących walkę o wpływy i tytuł Króla Gór. Jednak ten konflikt watażków wytrąci z równowagi całe Imperium. Jak to w historii bywa – kilka drobnych wydarzeń ostatecznie skruszy dotychczasowy ład i pogrąży kontynent w wojnie.

A tę wojnę Kres opisuje w „Pani Dobrego Znaku”. Jest to, piszę poważnie, najlepsza powieść o wojnie napisana od czasów Sienkiewicza. Chyba żaden z polskich autorów po Kresie nie opisał konfliktu zbrojnego w tak drobiazgowy, przekrojowy sposób – obserwujemy konflikt od samego początku, poprzez intrygi polityczne, przygotowania ekonomiczne, aż po same starcia – wielkie bitwy. Tutaj też widzimy coś co i w naszej historii miało na nią wpływ. Przypadek. Kres pokazuje jak potężną siłą w dziejach jest siła przypadku. To element nieco zapomniany przez Martina – jego historie są za mocno przemyślane, wycyzelowane (co sam przyznaje w wywiadach). „Wstrząsające” śmierci ukochanych bohaterów są przez Martina przecież przemyślane bardzo na zimno i takoż opisane. Jak sam przecież przyznał – nadrzędną bogiem jest dla niego opowieść. Kres zaś pozwala się porwać przypadkowości. I o ileż bardziej strząsają nami śmierci ukochanych postaci, gdy okazuje się, że skonały nie w wyniku splotu spisków, polityki i niegodziwości lecz w wyniku zwykłej ludzkiej głupoty bądź przypadku.

A „Porzucone Królestwo” tę ludzką niegodziwość i głupotę ukazuje w całej rozciągłości. To historia kontynentu zmęczonego wojną i ludzi zmęczonych wielką polityką i wielkimi intrygami. Na scenę wkraczają nowi gracze, chcący zdobyć w zmęczonych państwach dogodną dla siebie pozycję. Obserwujemy więc jak ich bezwzględność niszczy to co piękne i szlachetne pozostało w ludziach.

Wreszcie „Tarcza Szerni” – opowieść o poszukiwaniu odkupienia i wybaczenia, ale także tom, który miał stanowić wstęp do końca cyklu czyli „Wiecznego Cesarstwa”. Opus Magnum Kresa mającego składać się z trzech tomów – „Pokój”, „Miłość” oraz „Wojna” i zamykać ostatecznie wielką epopeję jaką jest „Księga Całości”. Niestety – tego dzieła nigdy się nie doczekaliśmy, zaś „Tarcza Szerni” zapowiadała wydarzenia doprawdy intrygujące.

Tak oto kończy się saga Kresa – urwana, niedokończona i przez to arcytajemnicza. Co Kres chciał uczynić z bohaterami? Ze światem? W wywiadach przyznawał, że wie jak powstała Szerń i wie także jak ona się zakończy – i to długo po zamknięciu ostatniego tomu cyklu.

Lecz pisarz nie stworzył tylko „Księgi Całości”. Drugim cyklem są opowieści, jak je określił, „Piekła i Szpady” – rozgrywające się w jakby alternatywnej wersji naszego świata, w wieku XVII-tym. Te historie zawarte w tomach „Piekło i Szpada”, „Klejnot i Wachlarz” oraz niezależna od nich „Strażniczka Istnień” to literatura płaszcza i szpady, z silnym elementem okultystycznym, gnostycznym, ale i religijnym. Kres stworzył tu także jeden z najgenialniejszych opisów diabła w polskiej literaturze – bo czym dla czytającego te tomy chrześcijanina może być Egaheer? Tajemnicza istota „przejmująca” ciała kobiet, spiskująca, snująca intrygi. I gdy Egaheer o Bogu mówi, iż jeszcze bardziej gardzi on stworzoną przez siebie ludzkością niż ona, to szczególnie wyraźnie widzimy dlaczego określa się diabła ojcem kłamstwa. To niepokojąca literatura, wymagająca cierpliwości i uwagi, lecz wynagradzająca trud czytelnika. To opowieści, których nie zapomnicie.

Kresa można tylko albo pokochać, albo odrzucić. Nie wzbudza on ambiwalentnych uczuć. W moim przekonaniu pisał on literaturę na o wiele, wiele wyższym poziomie niż Sapkowski – autor niezłych opowiadań, lecz arcysłabych powieści, wydrążonych zresztą z głębi, wypełnionych banałami przebranymi za prawdy objawione i pełne postmodernistycznych łamańców fabularnych i pseudomądrości. Kres tworzy rzeczy o potężnym intelektualnym ładunku – głębokie, chwilami filozoficzne. Czytając Kresową publicystykę widzimy, iż ma on światopogląd mocno nihilistyczny, zaś z jego opinią na temat, choćby, religii można się głęboko nie zgadzać (choć nie sposób odmówić mu publicystycznej gracji w tych szarżach). A jednak – o miłości, dobru i szlachetności Kres pisze jak mało kto, choć jego powieści wypełnia także wszak naturalistyczna przemoc, z której dumny byłby sam Mel Gibson (może warto dokonać przekładu i podesłać któryś tom do ekranizacji?). A jeśli nie chcemy brać się za którąś w wielkich powieści Kresa, sięgnijmy po opowiadanie – choćby „Miód dla Emiry” (dostępne w tomach „Galeria Złamanych Piór” oraz „Galeria dla Dorosłych”) albo nie Szererowe opowiadanie „Zabity”, gdzie pojawia się naprawdę piękny opis Boga Ojca i jego miłości do człowieka.

Gdzie można Kresa dopaść? Wydawnictwo MAG kilka lat temu rozpoczęło wznowienia cyklu Szererskiego, jednak zatrzymało się ono na… „Porzuconym Królestwie”! Trudno więc mi wskazać jedno miejsce – Internet i małe księgarnie powinny jakimiś zapomnianymi tomami Kresa dysponować.

A do lektury przystąpić naprawdę warto – choćby po to by się z Kresem zmierzyć. Ja jednak nie wątpię, iż po lekturze inaczej spojrzymy na to co tworzy Martin i na serial „Gra o Tron”. I z pewnością zamarzymy, żeby zebrać pieniądze na nasz własny serial – choćby urwaną jak hejnał ekranizację powieści Kresa.

Sądzę, że to autor niesłusznie zapomniany. Jednak los wielkiej literatury czasem taki jest – niekiedy po prostu czeka ona na swój czas.

Arkady Saulski

Autor jest dziennikarzem Gazety Bankowej, członkiem zespołu redakcyjnego Gospodarce.pl. Tworzy też własne opowiadania – ostatnio w 66 Frondzie ukazało się jego opowiadanie „Księga Ostrzy”, zaś najnowsze Pressje opublikowały tekst „Rycerze Ojczyzny i Maryi”, będący środkową częścią tryptyku.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...