Zaremba: Prawdziwa irytacja recenzenta, czyli rzecz o „Oszustach”. Ciekawy tekst z tygodnika W SIECI

Lubię zerkać na powtórki Teatru Telewizji w TVP1. Tym bardziej że nowe przedstawienia raczej nie powstają. Moja skłonność do ogłaszania starczym głosem: „Kiedyś to był teatr”, zyskuje sankcję.

W ostatni poniedziałek przypomniano „Oszustów” Michaela Jacobsa w reżyserii Jana Englerta i ze świetną obsadą. „Jacobs zadaje ważne pytania o kondycję współczesnej rodziny, szkoda tylko, że podlewa to dydaktycznym sosem” – ubolewa recenzent „Gazety Telewizyjnej”, dodatku do „Wyborczej”. Czy rzeczywiście? Trochę mnie już nudzą kolejne sztuczki (albo filmiki) o piekle, jakim jest małżeństwo i jeden człowiek dla drugiego człowieka. Niewiele da się tu nowego wymyślić. Roman Polański musiał mieć najlepszych aktorów świata, żeby jego „Rzeź” przykuła uwagę. Jacobs, producent z Broadwayu i scenarzysta filmowy, napisał, szmat czasu temu, w roku 1978, coś zaskakująco potoczystego i świeżego. Oczywiście pogodniejszego niż „Rzeź”.

Nie o to chodzi, że dwie pary w średnim wieku nawiązały romanse na krzyż, a na ich tle para młodych duma, czy wziąć ślub, czynie. Nawet w dobie kryzysu teatru ktoś to pisze i jeszcze napisze. Po prostu dialogi są zabawne, puenty tam, gdzie trzeba. Lecz czy za dużo dydaktyzmu? A czy „Rzeź” okrzyknięta arcydziełem nie jest na wskroś dydaktyczna? Ale Polańskiego. Akurat „Oszustów” można odebrać jako historyjkę przewrotną. Młodzi są bliscy decyzji o małżeństwie w momencie, kiedy przykłady ich rodziców mogą dowodnie przemawiać przeciw tej instytucji. Gdzie tutaj prosty morał? Jednak recenzenta „Gazety” mogła odstręczyć sama sugestia, iż oto małżeństwo, stałość uczuć, lojalność mają jakąś wartość. Zaiste moralizują – pomyślał natychmiast. No tak, w roku 1978 było trochę inaczej niż dzisiaj. Nawet na Broadwayu. Nawet rozumiem ludzi, którzy z niedbałą miną zawsze żądają od powieści, sztuk i filmów, aby były niejednoznaczne.

Akurat „Oszuści” są tacy, ale nie o to tylko chodzi. Zerknijcie czasem do własnego oczka, czy nie tkwi tam belka, zanim poszukacie u innych drzazgi. To wy ogłaszaliście arcydziełem „Cud purymowy” Izabelli Cywińskiej, opowieść o żulowatych łódzkich antysemitach, którzy doznają przełomu, gdy się okazuje, że są Żydami. Zaiste, moc komplikacji. Na koniec uwaga w bok. Przedstawienie jest sprzed dwunastu lat, a swoim pięknem i inteligencją czarowała w nim Gabriela Kownacka, moja ulubiona aktorka. Której paru centymetrów (pytanie:czego) zabrakło, żeby być uznaną za artystkę z najwyższej półki.

Dziś już nie żyje…

Piotr Zaremba

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Autor

Wspieraj niezależne media Wspieraj niezależne media Wspieraj niezależne media

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych