Twórcy filmowej historii wojny kilku policyjnych twardzieli z Mickeyem Cohenem aspirowali do największych dzieł kina gangsterskiego. Niestety to zadanie im się nie powiodło. „Gangster squad” jest bliżej do bezdusznych „Wrogów Publicznych” niż wysmakowanych „Nietykalnych”.
„Gangster squad” opowiada prawdziwą historię wojny jaką policja w Los Angeles wydała w 1946 roku królowi podziemia L.A Mickemu Cohenowi, który był przez lata postrachem „Miasta Aniołów”. Cohen był przeciętnym bokserem, który stoczył jednak kilka walk na profesjonalnym ringu. Mimo braku poważnych sukcesów w sporcie stał się w wielu kręgach prawdziwym idolem. Szybko zwrócił na siebie uwagę szefa mafii w Cleveland, który wprowadził go w podziemny świat. Cohen pracował nawet przez krótki czas w Chicago dla Ala Capone. Jednak to Los Angeles stało się dla młodego bandyty prawdziwą mekką. To właśnie w Kalifornii rozwinął skrzydła obok słynnego Mayera Lanskiego i Bugsy Siegela, którzy połączyli żydowską mafię z włoską- tworząc syndykat zbrodni, do dziś z powodzeniem funkcjonujący w USA. Cohen stał się prawą ręką Siegela przy budowie hotelu Falmingo na pustyni w Nevadzie. Tak zrodziło się Las Vegas. Były bokser nie potrzebował dużo czasu by stać się niekwestionowanym królem Los Angeles, który miał w kieszeni nie tylko zwykłych policjantów, ale również lokalnych polityków. Wszystko się zmieniło, gdy szefem policji w L.A został William Parker, który wydał bezkompromisową wojnę imperium Cohena. O tej walce opowiada „Gangster Squad”. Film został oparty na bestsellerowej książce Paula Libermana. Dziennikarz na podstawie swoich tekstów z Los Angeles Times opisał niekonwencjonalne metody jakie przyjął Parker w wojnie z Cohenem, zmieniając utarte przekonanie o sukcesie całej policji LA w walce z groźną mafią.
Film Rubena Fleischera, który do tej pory znany jest głównie z komedii „Zombieland” długo przed premierą był nazywany klasycznym obrazem gangsterskim. Mówiono, że wejdzie on do ścisłego grona najsłynniejszych „mob movies”. Na wstępie należy więc zaznaczyć, że „Gangster squad” mimo tego, że jest oparty na prawdziwej historii nie ma nic wspólnego z takimi obrazami jak „Człowiek z blizną”, „Ojciec chrzestny”, „Chłopcy z ferajny” czy „Ulice Nędzy”. Jest to zupełnie inna kinowa liga, do której zdaje się, że twórcy nawet nie aspirowali. Natomiast każda minuta filmu pokazuje, że film miał być lepszą wersją „Nietykalnych” Briana de Palmy, który również opowiedział o grupie policjantów ścigających ocierającego się o celebrytyzm gangstera. Fleischer miał wszystko by powtórzyć artystyczny sukces twórcy „Scarface”. Miał elektryzującą historię, która rzucała nowe światło na sposób walki z mafią tuż po drugiej wojnie światowej oraz znakomitą obsadę na czele z Joshem Brolinem, Ryanem Goslingiem, Nickiem Noltym i Seanem Pennem jako Cohenem. Reżyser na starcie otrzymał dokładnie to samo co Brian de Palma realizując swój film o specjalnej grupie ścigającej Ala Capone. Nie miał natomiast scenariusza Davida Mameta, który wraz z kunsztem reżyserskim de Palmy zapełnił miejsce na półce z napisem arcydzieło. Jak sprawił się więc twórca „Zombieland”?
Mam wrażenie, że zrobił co mógł by ciekawie opowiedzieć nam ciekawy epizod z wojny z amerykańską mafią. Fleischer w solidny sposób pokazał bezsilność uczciwego szefa policji, zmuszonego stworzyć wyjętą spod prawa specjalną jednostkę zabijaków, którzy w gangsterski sposób mają przepędzić Cohena z Los Angeles. Reżyser nie odżegnuje się od sięgania po sprawdzone w takich opowieściach klisze. W filmie widzimy więc rozdarcie twardzieli, którzy przysięgali zgodnie z literą prawa chronić mieszkańców, a teraz są zmuszeni je łamać by zniszczyć bezwzględnego bandytę. Widzimy też na ekranie też kobiety cierpiące z powodu ryzyka jakie podejmują ich mężowie. Dostajemy również barwne postacie- rewolwerowca z mundurze policyjnym, cynicznego i sarkastycznego lovelasa, który odnajduje w sobie jednak siłę by zmierzyć się z mrocznym demiurgiem oraz pomnikowego przywódcę grupy, dla którego honor i odwaga są ważniejsze niż życie rodzinne. Naprzeciw grupie twardzieli staje zadufany w sobie brutalny prostaczek, za wszelką cenę próbujący wkupić się łaski kalifornijskiego „salonu”. Skąd my to znamy? Odpowiedź dla każdego kinomana jest jasna.
Fleischer zupełnie bezwstydnie czerpie całymi garściami z klasycznych opowieści o starciu policyjnego dobra z mafijnym złem. Robi to tak wyraźnie, że komuś mogłoby się wydawać, że mamy do czynienia z luźno potraktowanym remakem klasyku. Zabieg jaki zastosował twórca mógłby się jednak sprawdzić. Popkultura ma to do siebie, że pożera własne wytwory i wrzucając je do jednego, wielkie gara. Można z tych przeżutych kawałków stworzyć coś nowego- mistrzami w tej dziedzinie są tacy twórcy jak Rodriguez, Tarantino, McDonagh czy Ritche. Twórca „Gangster squaw” takim mistrzem niestety nie jest. I to jest mój główny zarzut do jego filmu.
„Gangster squad” jest „Nietykalnymi” bez czaru de Palmy. Film jest wtórny, schematyczny i przewidywalny. Nie ma nieznośnej lekkości wczesnego Bessona czy nieprzewidywalności choćby Mendesa, który też bawił się kinem gangsterskim. Filmowi Fleischer jest bliżej do technicznie doskonałych, aczkolwiek bezdusznych „Wrogów publicznych” Manna czy solidnego, ale zupełnie nieporywającego „Hoodluma”, opowiadającego również prawdziwą historię słynnych mafiosów. Niemniej jednak jest za co „Gangster squad” chwalić. Mimo tego, że bohaterowie filmu są nakreśleni toporną kreską i nie wychodzą poza wybite standardy (dotyczy to głównie Nicka Noltiego jako szefa policji i Josha Brolina jako następcę Eliota Nessa), to po raz kolejny może podobać się Ryan Gosling. Ma on coś w sobie z Andiego Garcii z filmu de Palmy, jednak tworzy przy tym zupełnie nową postać złamanego moralnie gliniarza, który musi na nowo znaleźć powołanie do walki z bandziorami. Przyzwoicie wypada również zwykle genialny Sean Penn w roli Cohena. Nie jest to kreacja na miarę Roberta de Niro jako Ala Capone, ale Penn grając drugoplanową rolę zdołał nakreślić przekonujący portret psychologiczny jednego z najsłynniejszych żydowskich gangsterów.
Podejrzewam, że głównie dzięki Pennowi „Gangster squad” zostanie zapamiętany przez fanów gatunku. Inaczej film wylądowałby między innymi obrazami sensacyjnymi, które aspirowały do miana gatunkowych majstersztyków, okazując się jedynie przyzwoitą rozrywką na sobotni wieczór. To za mało by opowiedzieć o „Mieście Aniołów”. Czy jednak taka opowieść jest nam jeszcze potrzebna? Nie zapominajmy, że zawsze możemy sięgnąć po doskonale „Tajemnice Los Angeles”, co ja z przyjemnością uczynię by poczuć klimat Los Angeles połowy XX wieku. Film Fleischera jest jedynie znośną przystawką w oczekiwaniu na główne danie.
Łukasz Adamski
„Gangster Squad. Pogromcy mafii”. USA 2013, reż: Ruben Fleischer, wyst: Josh Brolin, Ryan Gosling, Nick Noltie, Sean Penn, dyst. Warner.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kultura/247192-gangster-squad-czyli-nietykalni-bez-ducha-de-palmy-nasza-recenzja