NOWOŚĆ zapomniane ludobójstwo, czyli co Niemcy robili w Afryce FRAGMENT

"Koszmar, którego doświadczyli mieszkańcy Europy Wschodniej w latach 40. XX wieku, był wyjątkowy pod względem skali i uprzemysłowienia zabijania – mieszanina rasizmu i fordyzmu była nazistowskim wynalazkiem – ale wiele innych rzeczy wcale nie było dla Niemców nowością" czytamy we wstępie do tej pracy. Od jutra w księgarniach fascynująca i wstrząsająca opowieść „Zbrodnia kajzera” Davida Olusoga i Caspera Erichsena. To nieznana historia ludobójstwa plemion Herero i Nama w zapomnianym imperium kolonialnym Cesarstwa Niemieckiego książka o zapomnianym niemieckim ludobójstwie dokonanym w Afryce, na początku dwudziestego stulecia. We współpracy z wydawnictwem Wielka Litera portal wNas.pl prezentuje fragment tej szokującej publikacji.

„Zbrodnia kajzera” David Olusoga i Casper Erichsen (fragment)

Osiem tysięcy kilometrów od Norymbergi leży małe namibijskie miasteczko Lüderitz. Położone między zimnymi wodami południowego Atlantyku a nieskończonymi wydmami pustyni Namib, jest bez wątpienia jednym z najdziwniejszych miejsc na ziemi. Morze wydm kończy się dosłownie na granicy miasteczka, diuny wyglądają, jak gdyby rozbiły obóz, czekając na pozwolenie, by wejść do osady. Rankiem, kiedy pustynię zasłania gruba kurtyna morskiej mgły, Lüderitz wygląda zupełnie nietropikalnie, przypominając raczej bazę arktyczną albo opuszczoną osadę wielorybników gdzieś na Falklandach albo Grenlandii. Nawet w ładny dzień miasto sprawia wrażenie, jak gdyby było na wpół opustoszałe.

Większość budynków, pomalowanych na jasne kolory – czerwienie, pomarańcze i żółcie – stoi rozproszona na kilku wzgórzach, które otaczają szeroką i wietrzną zatokę. Żywe kolory budynków kontrastują z wymytymi przez morze skałami wzgórz, przypominających pomarszczoną i zakurzoną skórę słonia. Główne aleje miasta niedawno wyasfaltowano, ale boczne ulice wciąż są raczej podziurawionymi i wyboistymi ścieżkami. Wszędzie pełno piasku, którego hałdy zalegają na rogach ulic.

Gość przybywający statkiem nie zobaczy niczego, co mogłoby wskazywać na to, że znajduje się w Afryce. Na lądzie zdziwi go duża liczba białych ludzi mówiących po niemiecku oraz setki czarnych Afrykanów mówiących po afrykanersku, w języku Burów. Dziś większość ludzi dociera do Lüderitz lądem. Szosa B4, prosta niczym asfaltowa strzała, przecina pustynię Namib po trasie dawnej linii kolei wąskotorowej, która łączyła osady na południu Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej z Zatoką Lüderitza, a stamtąd z wielkimi szlakami handlowymi cesarskich Niemiec. Każdej nocy wydmy o centymetr wdzierają się na asfalt B4, próbując zadusić miasto, i każdego ranka wielka żółta koparka dudniąc wyrusza z miasteczka, żeby oczyścić drogę. Pustynia zdaje się za wszelką cenę chcieć odciąć Lüderitz od zewnętrznego świata.

Jak lasy Konga dla Josepha Conrada, wydmy Namib zdają się trwać „ze złowrogą cierpliwością, z oczekiwaniem, że ta opętana inwazja przeminie”.

W 1905 roku ta niewielka osada została wybrana na miejsce eksperymentu w sprawie sposobu prowadzenia wojny. Jeszcze jakieś trzydzieści lat temu najstarsi mieszkańcy Lüderitz pamiętali, co wydarzyło się tu w pierwszych latach XX wieku, ale nie mówili o tym. Dziś wciąż jest to tajemnicą. Biuro informacji turystycznej przy Bismarckstrasse nie ma w tej kwestii nic do powiedzenia, nie wspominają o tym przewodniki po Namibii, a w większości polecanych w nich książek historycznych także nie można niczego się o tym dowiedzieć. A jednak to, co wydarzyło się w Lüderitz w latach 1905– –1907, czyni z niego kluczowe miejsca dla dziejów XX wieku.

Eksperyment przeprowadzono na leżącej w zatoce Shark Island, przysadzistej, złowrogo wyglądającej kupie skał, z której rozpościera się widok na całe miasteczko. Na swój sposób eksperyment zakończył się pełnym sukcesem, dając światu wynalazek, który stał się symbolem całego stulecia i zabrał więcej istnień ludzkich niż bomba atomowa. To właśnie tam, na południowym skrawku Afryki, wynaleziono obóz zagłady. Dziś Shark Island jest miejskim kempingiem Lüderitz. Nowa restauracja z widokiem na wyspę oferuje najlepsze południowoafrykańskie wina i poławiane w południowym Atlantyku owoce morza. Gości zachęca się do tego, by siadali na tarasie z widokiem na wyspę, na której sto lat wcześniej dokonano systematycznej eksterminacji trzech i pół tysiąca Afrykanów. Zaledwie kilkaset metrów dalej, pod wodami zatoki Lüderitz nurkowie odkryli, że Shark Island otaczają ludzkie kości i zardzewiałe, stalowe kajdany. Ludzie, których zmuszono do ich noszenia i których szczątki leżą pod wodą, zostali niemal całkowicie wymazani z namibijskiej i światowej historii. Nazwy ludów, do których należeli – Hererowie, Witbooiowie Nama, Nama z Bethanie – dla większości ludzi spoza Namibii nic nie znaczą.

Shark Island nie stanowi jedynej tajemnicy Namibii. Pod bocznicami przy dworcu kolejowym w stolicy kraju, Windhuku, znajdują się masowe groby, podobnie jak na przedmieściach nadmorskiego kurortu Swakopmund. Namibijskie Muzeum Narodowe mieści się w starym niemieckim forcie, który wzniesiono na miejscu obozu koncentracyjnego.

Dla większości ludzi Namibia jest tylko jakimś osobliwym zaściankiem, reliktem krótkotrwałego niemieckiego kolonializmu i miniaturą Niemiec z przełomu XIX i XX wieku, która w jakiś tajemniczy sposób przetrwała niezmieniona do wieku XXI. W turystycznych sklepikach można kupić pocztówki i albumy ze zdjęciami przedstawiającymi utraconą idyllę. Ulice noszą imiona dawnych dowódców wojskowych pochodzących z arystokratycznych rodów. W centrach handlowych można kupić kapelusze Schutztruppe, niemieckiej armii kolonialnej, ozdobione czerwonymi, białymi i czarnymi insygniami Drugiej Rzeszy – epoki kajzerów. Na sprzedaż jest także niemiecka flaga cesarska – z surowym, czarnym orłem – a także książki na temat lokalnej historii, które pomijają temat wojen, jakie prowadzono pod tym sztandarem – wojen, które niemal całkowicie zgładziły dwa rdzenne ludy Namibii.

To, czego dokonali w Namibii niemieccy zarządcy i niemieckie wojska, jest dziś zapomnianą kartą historii, ale naziści doskonale o tym pamiętali. Kiedy sto lat temu oddziały Schutztruppe podjęły próbę eksterminacji Hererów i Nama, Hitler był piętnastoletnim uczniem. W 1904 roku mieszkał na kontynencie, który ekscytował się nadchodzącymi z Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej doniesieniami o bohaterstwie Niemców i barbarzyństwie Afrykanów. Osiemnaście lat po ludobójstwie Nama i Hererów, Hitler blisko związał się z weteranami tamtych wojen. W 1922 roku został zwerbowany do skrajnie prawicowej bojówki w Monachium, której nie formalnie przewodził charyzmatyczny generał Franz von Epp, w czasie niemieckich wojen z Hererami i Nama służący w Afryce w randze porucznika. Von Epp, zarówno jako młody żołnierz w koloniach, jak i jeden z przywódców NSDAP, był niezmiennie zagorzałym zwolennikiem koncepcji Lebensraumu i spędził całe życie na szerzeniu teorii, że Niemcy potrzebują powiększyć swoją przestrzeń życiową kosztem niższych ras czy to w Afryce, czy w Europie Środkowej. Przesadą byłoby stwierdzenie, że Hitler był jego protegowanym, ale w chaosie panującym w Monachium po I wojnie światowej to właśnie von Epp był osobą, która – nie licząc Hitlera – przyczyniła się do rozwoju partii nazistowskiej. To właśnie przez niego w bardzo pokrętny sposób Hitler poznał wielu ludzi, którzy mieli stać się partyjną elitą: zastępcą von Eppa był Ernst Röhm, założyciel SA, Oddziałów Szturmowych. Poprzez kontakty z von Eppem i innymi weteranami niemieckich wojen kolonialnych Röhm i Hitler zdobyli zapasy dawnych mundurów Schutztruppe. Ponieważ zaprojektowano je do walki na afrykańskich sawannach, koszule miały brązowy, ziemisty kolor – stąd właśnie nazistowskich bojówkarzy nazywano „brunatnymi koszulami”. Dziś von Eppa uważa się za drugoplanową postać w historii nazizmu. Kiedy partia nazistowska doszła w 1933 roku do władzy, powierzono mu zadanie zabiegania o zwrot utraconych na mocy traktatu wersalskiego kolonii, w których walczył jako młody człowiek. W 1939 roku von Epp był już postacią marginalną, wykluczoną z najbliższego kręgu Hitlera i przyćmioną przez młodszych. Jego udziału w powstaniu partii często się nie dostrzega, ale w swoich przedwojennych pismach Hitler doceniał rolę polityczną, jaką odegrał von Epp. Na niezliczonych zdjęciach i filmach propagandowych widać, jak obydwaj stoją obok siebie, ramię w ramię.

Na swoim ostatnim zdjęciu von Epp siedzi obok Hermanna Göringa. Pozbawieni mundurów i odznaczeń oczekują procesu, przebywając w amerykańskim areszcie w Mondorf-les-Bains. Przygarbiony stary generał wygląda na wymizerowanego i mruży oczy w kierunku fotografa. O pokolenie starszy od pozostałych oskarżonych, von Epp zmarł w areszcie zaledwie kilka tygodni po zrobieniu tego zdjęcia. Czy gdyby dożył do procesu i zasiadłby na ławie oskarżonych obok Göringa, jego zeznania naprowadziłyby prokuratorów na podobieństwa i związki między czynami popełnionymi przez Trzecią Rzeszę a ludobójstwem, w którym wziął udział jako młody porucznik?

Pamięć o niemieckim imperium została odseparowana od europejskiej historii. Dziewiętnastowieczny kolonializm od dawna był postrzegany jako temat specjalistyczny, przypis do historii rozgrywającej się niemal w całkowitej izolacji od Europy. A jednak w dziejach kolonializmu zawsze następował przepływ idei, metod i ludzi. Słowa Hitlera z 1941 roku, że będzie traktował Słowian jak „ludy kolonialne”, straciły dziś swój wydźwięk, ale kiedy je wypowiadał, miały jasne znaczenie. Były skrótem myślowym doskonale zrozumiałym dla pokolenia nazistów, którzy byli chłopcami, kiedy kajzer wysyłał armie do Afryki, żeby zgniotły buntowników, a teraz wiązali swój los z rasowym przeznaczeniem Niemiec. Nasze zrozumienie tego, czym był nazizm i skąd wzięły się idee i filozoficzne koncepcje, które leżały u jego podstaw, będzie niepełne, jeśli nie zgłębimy tego, co wydarzyło się w Afryce pod panowaniem cesarza Wilhelma II.

(fragmenty książki "Zbrodnia kajzera" publikujemy dzięki uprzejmości wydawcy, którym jest Wielka Litera.)

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...