Propagandyści eutanazyjni mają kolejnego celebrytę, który domaga się dla siebie tzw. godnej śmierci. Jest nim, nomen omen, reżyser „Życzenia Śmierci”. Rok temu do zabicia własnego ojca przyznał się wybitny aktor Michael Caine. On również jest dziś ikoną walki o „prawo do śmierci”.

Chodzi o reżysera i producent filmowego Michaela Winner, który rozważa wyjazd do szwajcarskiej kliniki, która pomaga umrzeć nieuleczalnie chorym. Sprawę opisuje „Gazeta Wyborcza”, organ ludzi światłych i postępowych, którzy wiedzą, że aborcja nie jest wcale zabijaniem nienarodzonych, a eutanazja jest zakochanym prawem każdego zmęczonego ( i męczącego innych) życiem staruszka.

Byłbym szczęśliwy, gdyby umożliwiono mi wyłączenie wtyczki. Ludzie powinni mieć prawo skończyć ze sobą. Spędziłem już dość czasu na ziemi.

  • mówi Winner, któremu lekarze dają 18 miesięcy życia. „GW" przypomina, że Winner nie doszedł do siebie po zatruciu ostrygami na wakacjach w 2007 r. Zabójcza bakteria Vibrio vulnificus zrujnowała jego organizm i system odpornościowy. Przeszedł kilkanaście operacji, omal nie amputowano mu nogi. Winner jednak narzeka, że istnieje dużo formalności by się zabić. Trzeba bowiem, o zgrozo!, jechać aż do „postępowej” Szwajcarii, gdzie działają bracia duchowi „doktora śmierć” dr. Kevorkiana, tak słodziutko przedstawionego przez Ala Pacino w „Jack jakiego nie znacie”.

„Wszystko jest dość skomplikowane. Trzeba wypełnić wiele formularzy i osobiście dwa razy pofatygować się do Szwajcarii przed śmiercią”-

mówi Winner, który musi „osobiście” udać się po śmierć. Niestety Wielka Brytania jest „zacofana” i śmierć sama w niej nie puka do domu jak w Holandii, gdzie można zamówić sobie eutanazję do domu niczym Pizzę. „Inteligencki głos w naszych domach” opisuje więc sielską wizje ostatnich dni twórcy „Życzenia śmierci”. „Winner kilka ostatnich dni życia spędzi tak jak inni pacjenci przybytku założonego pod koniec lat 90. przez szwajcarskiego adwokata Ludwiga Minellego. Pójdzie na spacer, dostanie szampana do pożegnalnej kolacji i trafi do pomieszczenia, gdzie siedząc przed kamerą, wypije truciznę złożoną z mieszaniny barbituranów”. Wszystko zostanie rzecz jasna nagrane by było jasne, że chodzi jedynie o wspomagane samobójstwo a nie eutanazję. Jest różnica? Oczywiście! Jak między Pepsi, a Pepsi Light. We wspomaganym samobójstwie samobójca sam wypija truciznę. W eutanazji lekarz mu ją wstrzykuje.

Coraz więcej Brytyjczyków jeździ do kliniki by skończyć z życiem. Fabryka śmierci Minellego zarabia dzięki temu krocie. Ważne, że korzystają z niej celebryci, którzy sprawują dziś rząd dusz nad społeczeństwem. W Wielkiej Brytanii zwolennikiem eutanazji jest też cierpiący na alzheimera znany pisarz Terry Pratchett i aktor Patrick Stewart, kapitan Jean-Luc Picard w serialu "Star Trek". Pratchett chce by jego śmierć w Szwajcarii sfilmował BBC i pokazał na antenie zacofanym Brytyjczykom. Wszystkich przebił jednak Michael Cain, który powiedział, że przekonał lekarza by w dobił jego cierpiącego ojca. Jak widać celebracja ofensywa po stronie „cywilizacji śmierci” jest coraz radykalniejsza. Niestety najwięksi nasi idole są coraz starsi i coraz bliżej im do „fabryk śmierci”. Oby jak najmniej z nich chciało być twarzą makabrycznej ideologii.

Łukasz Adamski